Deportation to Siberia - Archangielsk
February 1940

Wywózka mojego dziadka wraz z rodziną na Sybir do Archangielska

Piotr Lemieszek

Mój dziadek Marian Lemieszek tak opowiada o wywózce na Sybir : "Dziesiątego to było lutego, wiesz. Ja przeważnie jestem… chłopak jestem, dziewiętnaście lat mam, rozumiesz. Więc. I my na wieczorki tak zwane. A tam w Wieliczkowicach, w tej, we wsi, wiesz w tej wsi, to takie były zwyczaje, że schodziły się sobie kobiety. Raczej dziewczęta, no i kobiety oczywiście, wiesz starsze. I tak, szydełkowały i rozumiesz, na drutach robiły, no i przędły, wiesz, wełnę, konopkę, różne rzeczy, i…, no różne rzeczy wiesz. No i ja na te prządki chodziłem. Bo to były takie prządki zorganizowane, że dzisiaj dajmy na to u Waldeckich, jutro u Lemieszków, jutro u Kolińskich, rozumiesz. Co dzień, co dnia się przenosili. No i dobra. Więc braciszku w tą sobotę, dziesiątego lutego poszedłem na te wieczorki. Poszedłem. A byłem na tych wieczorkach u Barasiuka takiego. No i tam byłem długo. O… pierwsza godzina wróciłem dopiero do domu. No i poszedłem spać. Ale ja z bratem razem spałem, Kazikiem. Tym mniejszym, wiesz. Co teraz nieboszczyk on jest, wiesz. Tak. Przyszedłem, położyłem się i śpię. Zaczynałem zasypiać, Nagle, słyszę, jakieś odgłosy. Słyszę atkrojit dwiery. Atrkrojit dwiery. To ja śpiący patrze tam, wreszcie. Aż, ze snu, już nie leżałem, tylko wstałem na pośladek i słucham. Atkroj dwiery. Więc wyleciałem przez kuchnię tędy na korytarzyk i do ojców. A ojciec już wstał, słyszy też tą robotę. No i otwieraj dwiery, ojciec otworzył. Otworzył ojciec i zaczęli tak nas robić. Matkę i dwie siostry i brata mego Kazika odseparowali do pokoju innego, a mnie i ojca wsadzili pod okno, tak. Rozebrali do naga, i dawaj ruszy. Ojciec mówi, że nie ma żadnego łozia, bo był na Pińskich błotach i zabrali mu ruskie, wszystkie, pistolet i karabin i rower tak zwany do pewu co przewożony był, na karabin specjalny, było łoże, wszystko. Skąd to w ogóle byli. Ale ty wiesz, bo gdzieś pobruszyć. No to mówi, no to próbujcie. Próbowali, ale nic tam nie znaleźli. Tak. No i wreszcie uwolnili nas, no i mówią – nie szumicies, nie kręcicie, my was pierenosit w ZSSR. Tak. Jak to? O. Nada my was pierienasiwiet. Tak. Przenosimy. Tam nie trzeba nic wam brać, tam wszystko wam dadzą. Tylko aby na podróż szesnastcat kilogram. To znaczy się put. Tak oni nazywają. Put. Put bieri i wsio. Tak. No i co. I tak się zdarzyło. Więc nas zabrali. A już tam byli przygotowani ludzie na pewno, bo klacz już nasza, własna zaprzęgnięta była w sanie. Wszystko jak się należy. Podjechała pod mieszkanie. Załadowali matkę, załadowali brata, dwie siostry. A mnie i ojca naprzód pędzili. Dwóch bajców pędziło naprzód. A sanie za nami. A z tyłu trzech bajców było jeszcze za saniami I tak nas prowadzili. A była odległość piętnaście kilometrów. Do Łyszczyc. Tak zwany. Tam było połączenie na trasie już w ogóle, jako kolejowej już normalnej, jako dalekobieżny. No i idąc, była prawie już… rozwidniało się… A miałem taką narzeczonę, Gardełszke Andzię, a przy jej mieszkaniu przechodziłem… A to w kierunku tym było. Już ostatnie domy były…Tam zdaje mi się matka wyglądała przez okno, jak pędza nas panie i tak dalej. No i tak zajechałem do Łyszczyc, załadowali nas na pociąg, normalnie, i przewieźli do Brześcia. A w Brześciu już nazbierali tych wagonów, wiesz jak to, na połączenie. Zrobili transport i już kierunek mieli. Ale my nie wiedzieliśmy jaki kierunek, gdzie i co. Ale dali nam rozumiesz, co… Ja bym uciekł stamtąd. Bo dali jednego bojca i nas dwóch Polaków, przepiłować tam podkłady, na rozpałkę, wiesz, na te piecyki, wiesz. Ja miałem możliwość szybko, bo on poszedł na zupę gdzieś tam, ten bajec. To ja bym w ogóle wiesz co, raz . A ja miałem tam możliwość w Brześciu, bo miałem znajomych. Ile ludzi. A ile, ja tylko przez Bug, przez Buchawicz, już jestem w domu. Ale nie zrobiłem nic. Nie zrobiłem tego ruchu, wiesz dlaczego ? Bo… bałem się o rodzinę. Trudno. I więc wróciłem z powrotem, z tymi podkładami. Tak. No i zacząłem jechać. Jechałem, jechałem. Okna. W bydlęcych wagonach takich. Okna zakratowane. I jedziemy, jedziemy. Ale nikt nie wie w kierunku jakim. To wszystko ciemno. Ale… się okazuje, że my jedziemy w kierunku Rosji. Tak. Przekraczamy granicę Stołpce. Widzimy jak połamane są bariery, szlabany na granicy. Jak strzelnica w Stołpcach ostrzelana została. Tylko same fragmenty. Aha… poważna sprawa. No i jedziemy. Tak jechaliśmy. Aż wreszcie chyba dojeżdżamy… Aha. Dojeżdżamy do Smoleńska. W Smoleńsku patrzę kobiety pracują na platformach. Zrzucają jakiś żużel taki czarny. Do nas rozmawiają po polsku. A my mówimy, co wy Polki ? My Polki. Już dawno jesteśmy. Ale w Rosji mieszkamy. Tak bracie widzisz. Tak było kochany. Jedziemy dalej. Nas wiozą. Oj wieźli, wieźli, aż…wieźli… Aha. A jeszcze, dajmy na to, jadąc po drodze nie mamy picia, wody. Nie mamy się załatwienia w ogóle żadnego. I co człowieku. Są tak: i dzieci, i kobiety, i panienki, i kawalerowie, i starzy ludzie… I co zrobisz ?! Każdy się krępuje. Mnie do tego stopnia tak pęcherz zniósł, że dwie doby nie odpryskiwałem się… Tak mnie zniosło, że byłbym za chwilę skonał. Bo się wstydziłem. Co zrobić. Zorganizowaliśmy taką sprawę: takie mieliśmy… co bić węgiel… takie tępe narzędzie, młot taki, niby… cholera wie co to było, takie ruskie… ruskie przysposobienie. Wybiliśmy dziurę w tym wagonie… w dnie, wiesz. W podłodze. Kobiety miały rozumiesz, płachty. Takie dywany… To nie dywany, tylko płachty takie. Wiesz takie… płachty takie co na łóżkach ściełają. Żeśmy zasłonili, zrobiliśmy taką kotarę. I dopiero bracie zaczęła być higiena. Ludzie poszli sobie, załatwiać, jak się należy. Nie tylko ja to cierpiałem. Ale kobiety biedne. Poszła jedna dziewczyna, to sikała może…, bo ja wiem…, godzinę czasu. Nie można było sikać. Bo druga czekała i mówi: Aniu, Aniu, no i jak ? – No jeszcze trochę, no jeszcze trochę. I tak szło długo i szło. Bo jak ja, wiesz, nie wierzyłem. Bo jak ja poszedłem, to ja znowu tyle czasu… już niby nie chce się, za chwilę znowu się chciało. I tak oddawałem. Ale następni czekali. No i tu się uzupełniło wszystko, rozumiesz. Jedziemy dalej. Jedziemy dalej…Wysyłają nas… Przystają… Przystają na odpoczynek, znaczy się na załatwienie się. Wychodzili za swoja własną potrzebą, rozumiesz. Fizjologiczną, wiesz. No więc jak to było. Otóż: wyskakują dziewczęta, panny i inne i każdy potrzebuje coś robić. I tak rozebrana kobieta przy mężczyźnie, a mężczyzna przy dziewczynie..., ale odwrotnie. Tyłkiem. I tak załatwiają się. Tak. Taka kultura powstała w Rosji w tym czasie. Obojętnie. Im nie zależało na kulturze widocznie. Żeby jeden drugiego widział jak jest i koniec roboty. Tak. I tak bracie… No, jedziemy dalej… Cierpieć…Wody nie dają. Trza kombinować. Chyba, że ktoś poda. Bo sołdaty stoją. Nie wolno dawać. Aż dopiero na specjalnych przystankach. Kombinujemy. Te kraty… podłomować, kombinować. Nożami, innymi rzeczami. Te śruby… No i nieraz żeśmy niektóre kraty z okien, dajmy na to u mnie wyważyliśmy, z którego ja uciekłem, wiesz. I rozumiesz, jedziemy dalej. Bo, tym oknem wiadro na pasku, na sznurku podłączyłeś, puściłeś, albo… już tutaj na południu to już ktoś ci pomógł, nalał gdzieś wodę póki sołdata doleciał, wiesz. A tak na północy to śniegu się złapało wiadrem i na piecyk i rozumiesz, roztopi się i trochę łyku jest. O, takie rzeczy. No i jedziemy dalej. I tak jechaliśmy aż do Jarosławia, za Moskwą, wiesz. W Moskwie nas rozładowali. Raczej w Jarosławiu nas rozładowali. Za Moskwą to było już. No i co. I w kierunku. Nie. Myśleliśmy może… I z powrotem na pociąg. Ledwo przyszedł taki sam. Bydlęcy. I przewieźli nas aż do …Już cholera dzisiaj nie pamiętam…Do tej miejscowości, że rozumiesz, tam, stamtąd…stamtąd…nas już pędzili na pieszo, wiesz. Wyładowali. Pędzili na pieszo. A później zorganizowali rusaki sanie, konie, te syberyjskie. Tych, tych Eskimosów. I nas wiozą. Ale tylko kobiety i dzieci wiozą. A mężczyzn wszystkich pędzą, wiesz. A ja miałem wiesz co wojskowe, takie kawalerskie buty, przedwojenne, te oficerki, wiesz. Szkoda mi zostawić było w domu. Włożyłem je jak już odjeżdżam, wiesz. Jak zmarzłem Chryste Panie. Nie czuję aż. Jak słupy, wiesz. Ale idę. Ale pędzili nas, pędzili. To gdzieś było tak przed zachodem słońca. A zaszliśmy może gdzieś druga po północy. Tak nas pędzili przez całe tutaj te tereny, gdzie nie było żadnych dróg, i przez Dwinę północną, przez rzekę normalną, zamarzniętą już. I ja bracie dopiero dochodzę…, doprowadzają nas do takiego miejsca Uspieniega się nazywa. No i tam, gdzie? Do stołówki zaprowadzają nas. I taka stołówka, takie pomieszczenie było, gdzie dla robotników dawali jeść. Człowieku. Tam stoliki te usunęli. Bo by tak pomieszczenia nie było. I nas bracie tam wsunęli…, tyle ludzi… I tak. Jeden siedział, drugi stał. Wreszcie kazali mu żeby się podnosił, bo za dużo miejsca zabiera. I tak żeśmy do rana…siedzieliśmy. Aż póki rozumiesz przyjechali handlarze. Handlarze mówię, bo pobierali nas do roboty, wiesz. I zabierali, wiesz. Idi nam, idi nam! I tak nas brali, wiesz. Nas zabrali do Worda. Mnie zabrali, tam innych kolegów, no i …"

dyskutuj
comments powered by Disqus