Arrival in Egypt, sojourn under the pyramids
December 1943

Listy od Wuja Mariana cz. 2

Listy od Wuja Mariana, cz.2 Egipt Kochana Mamusiu! (…) Dzisiaj spróbuję napisać trochę o moim pobycie w Egipcie. Byłem tam stosunkowo krótko, tylko równy miesiąc od 20 XII 1943r., do 20 I 1944r. Jak już wspominałem obóz nasz był na pustyni, mniej więcej w połowie drogi między Kanałem Sueskim a Kairem. Pogoda była parszywa. Dużo chmur, a jeszcze więcej burz piaskowych. Pamiętam dobrze Boże Narodzenie z powodu awantur pijanic. Przed wyjazdem na front odbyła się ostateczna selekcja oficerów. Dużo kolegów, czy to ze względów politycznych czy fachowych, zostawiono w tzw. 2-giej grupie. Oni wtedy wylewali swe słuszne i urojone żale po pijanemu. Gdzieś koło Nowego Roku wyjechałem na cały dzień do Kairu. Wyjechaliśmy samochodem jeszcze po ciemku, by o świtaniu być na miejscu. Dzień był cudny jak u nas w maju – słońce, ciepło. Najpierw pojechaliśmy zwiedzać piramidę Cheopsa i Sfinksa. Są one tuż za miastem. Piramida wygląda imponująco, ułożona jest z bloków kamiennych wysokości około 1,2-1,5m. Można się wdrapać z jednej kondygnacji (jak schody) na drugą na wierzchołek, ale ja nie dokonałem tego wyczynu, bo wdrapać się byłoby łatwo, gorzej schodzić. Ja dostaje zawrotów głowy patrząc się w przepaść. Zamiast tego udaliśmy się z przewodnikiem do wnętrza. Długimi, ciemnymi korytarzami doszliśmy do samego środka, było tam kilka komnat – główna, gdzie spoczywała mumia faraona, była dość duża i cała wykuta w jednym olbrzymim bloku kamiennym. Na zewnątrz te piramidy były wyłożone alabastrem, który w czasie wieków zdarto i stąd powstały te schody kamienne. Oglądając tę budowlę nasunęło mi się na myśl porównanie z naszą pracą niewolniczą nad budową raju czerwonego. Tak tam, jak i tutaj szafowano życiem ludzkim bez miary. Pewno na przywiezienie, ociosanie i ułożenie każdego kamienia w piramidzie składało się wiele, wiele żyć ludzkich. Tak jak tam na północy każdy podkład toru kolejowego upamiętnia przynajmniej jedno życie ludzkie. Sfinks jest położony u stóp piramidy i dlatego traci zupełnie na tle tego olbrzyma. Poza tym zasypany był piaskiem pustynnym i po odgrzebaniu jest w dole, co też zmniejsza efektowność. Głowa jego musi już odpadać, bo podparto mu brodę kolumną z cegieł. W pobliżu są świątynie, a raczej ruiny ich, wszystko zbudowane z olbrzymich głazów, ozdobionych bardzo dobrze zachowanymi hieroglifami i płaskorzeźbami. Wśród tych ruin pozostaliśmy do obiadu. Po obiedzie zwiedzaliśmy miasto. Dużo nie można było zobaczyć, bo muzea były zamknięte z powodu wojny (kilka miesięcy wcześniej Rommel podchodził pod miasto). Meczet i cytadele nie są wcale ciekawe. Do starej dzielnicy miasta nie wolno nam było wchodzić, wobec tego zwiedzaliśmy europejskie sklepy, ogród zoologiczny – dość ładny. Wieczór spędziliśmy w prawdziwej cukierni (ciastka jak przed wojną w Warszawie), a na resztę wieczoru udaliśmy się do kabaretu. Wróciliśmy do domu nad ranem, po 24 godzinach nieobecności. Aby zobaczyć więcej starożytnego Egiptu, trzeba by pojechać kilkadziesiąt, czy nawet kilkaset km na południe do Luksoru – gdzie jest masa zabytków. Naturalnie ja nie miałem czasu. Tym bardziej, że było pełno roboty w związku z wyjazdem na front do Włoch. Anglicy są chytrzy i aby uniknąć ryzyka, że cały pułk może zatonąć w transporcie, rozbijali nas na małe partie i wysyłali je innymi transportami tzw. konwojami. W razie jak samoloty czy łodzie podwodne niemieckie zatopiły taki okręt, to zginęła tylko mała cząstka bardzo wielu jednostek i to było łatwo załatać. Natomiast gdyby zatonął cały pułk, trudniej byłoby go organizować od początku. Więc już z naszego obozu najwcześniej powysyłaliśmy działa i samochody z nieliczną obsługą, a potem partiami zaczęliśmy wyjeżdżać do portu a Aleksandrii. Tam znów inny obóz i w nim jeszcze porozbijano nas na mniejsze partie. Jazda do Aleksandrii już się odbyła koleją, bo nie mieliśmy samochodów. Było to dość dziwne wrażenie, bo przez tyle miesięcy przejechaliśmy tyle tysięcy kilometrów, nie widząc ani razu pociągu. Dopiero znów po zakończeniu wojny będąc na urlopie w Komo w północnych Włoszech będę znów jeździł pociągiem. Miasta Aleksandrii nie widziałem. Podobno nie ma co zwiedzać, bo jest to zupełnie nowe miasto (tak jak Bagdad), paliła się tyle razy i tyle razy była zburzona, że nic nie zostało z przeszłości. W Aleksandrii załadowaliśmy się na dość duży okręt transportowy, nieomal tak duży jak Batory. Jako oficer dostałem miejsce w kabinie, gdzie nas spało 6-ciu. Jadaliśmy w wytwornym salonie. Kuchnia wspaniała. W barze wódki i papierosy nieracjonowane. Jednym słowem raj na ziemi. Na okręcie było chyba parę tysięcy żołnierzy, najrozmaitszych ras, religii, koloru. Wszystkiego po trochu. Załadowaliśmy się rano, a w nocy odbiliśmy od brzegów Afryki. Gdy się rozjaśniło zobaczyłem, że jesteśmy częścią dużego konwoju, eskortowanego silną eskadrą okrętów wojennych. Z lewej strony widać było czasami na horyzoncie brzegi Afryki. Dla bezpieczeństwa nie płynęliśmy wprost do Włoch, ponieważ łodzie podwodne i samoloty niemieckie z wyspy Krety operowały skutecznie. Dlatego nadkładaliśmy drogi płynąc równolegle wzdłuż brzegów Afryki aż do Tunisu, a stamtąd skręciliśmy na północ i najkrótszą drogą do Włoch. Podróż naszego konwoju odbyła się bez przygód. Koledzy, którzy byli w innych konwojach mieli bardziej urozmaiconą jazdę. Atakowały ich samoloty. Jeden z okrętów, na którym był mój przyjaciel, w nocy zderzył się z drugim. Całe szczęście skończyło się tylko na strachu. Morze początkowo było spokojne, ale gdzieś na drugi czy trzeci dzień zaczęło trochę bujać. Jakieś 90% pasażerów zmieniło kierunek na Rygę. Z mojej grupy zostało nas do posiłków tylko 3. Stoły w jadalniach były puste. W tej naszej grupie był nasz zastępca dowódcy pułku, płk Anders. Nie bardzo go lubiliśmy, więc przy stole wmówiliśmy w niego, ze jest blady i musi się źle czuć. W tej chwili wstał od stołu, zzieleniał i nie widzieliśmy go do końca podróży. Rozchorował się naprawdę. W czasie podróży dowiedzieliśmy się przez radio o alianckim lądowaniu na przyczółku Anzio koło Rzymu. Później wyszło, że cel tego lądowania, aby przeciąć Niemców w połowie buta włoskiego nie udał się. Gdzieś piątego dnia nad ranem otarliśmy się o Sycylię, poznaliśmy łatwo bo Etna dymiła jak z komina fabrycznego. Po kilku godzinach dopłynęliśmy do portu Tarentu. Była to kiedyś baza morska Mussoliniego. Cała jego nowoczesna flota spoczywała tam na dnie morza w porcie. Gdyśmy dopłynęli do portu był piękny, słoneczny, ciepły dzień. Okręt nasz otoczyły malutkie łódki pełne nagich chłopaków handlujących pomarańczami. Na sznurku spuszczaliśmy wiadra, czy hełmy z pieniędzmi, a oni wkładali (lub nie) pomarańcze. Część chłopaków popisywało się nurkując za rzucanymi monetami. Trzeba było podziwiać ich zręczność. Pieniądz nie miał czasu dotrzeć do dna. Zawsze go złapali. Po wylądowaniu (dwa przeszło lata byłem poza Europą) odnalazła nas grupka mała kolegów, którzy już przyjechali tu wcześniej i zabrali nas do naszego obozu kilka kilometrów za miastem, położonego w gaju oliwnym, koło wioski Santa Teresa. Był to dość prymitywny obóz. Zaopatrzenie też gorsze niż mieliśmy dotychczas. Widać tutaj było po raz pierwszy ślady wojny. W tym obozie mieliśmy mieszkać około miesiąca, po tym przenieść się do innego kilkanaście kilometrów dalej. W ciągu tego czasu oczekiwaliśmy na przyjazd innych części naszego pułku. Przybywali oni nieregularnie małymi partiami. Ale o pobycie we Włoszech zacznę opisywać w następnym liście. Bo to jest nowy rozdział pamiętników.

dyskutuj
comments powered by Disqus