Polish II Corps in Italy
June 1944

Listy od Wuja Mariana cz. 4

Maria i Grzegorz Czerniak

Autorem listów jest Marian Parysek, żołnierz Drugiego Korpusu. Listy od Wuja Mariana (Niestety brakuje listu wraz z opisem bitwy o Monte Cassino, został zapewne zniszczony w obawie przed władzami PRL – przyp. red.) (…) Skończyłem na tym, jak po krótkim odpoczynku po bitwie pod Monte Cassino przejechaliśmy przez łańcuch południowych Apenin i zatrzymaliśmy się zdaje się na jakieś dwa dni w miejscowości Capello koło Pescary nad morzem Adriatyckim. Był to koniec czerwca 1944. Na trzecią zdaje się noc ruszyliśmy w kierunku frontu na północ. Jazda w kolumnie w ciemną noc bez świateł to najgorsza zmora. Ale ze względu na, nieliczne z resztą, lotnictwo niemieckie teraz będziemy prawie zawsze tylko tak jeździć. Droga dobra, ale każdy najmniejszy most zerwany i trzeba w ciemności zjeżdżać zrobionymi przez naszych saperów objazdami do wytyczonych brodów. Znów mamy wypadek samochodowy, który niestety skończył się śmiercią b. dobrego chłopaka. Objazdy te są świeżo zrobione w piaszczystych wzgórzach i kierowca po ciemku jasną pionową ścianę takiego wzgórza wziął za drogę i chciał wjechać na tą pionową prawię ścianę, wywracając wóz. Kierowca dostał histerii, gdy zobaczył, że zabił swego przyjaciela. Z rok minął nim mu znów dałem samochód. Pierwsze dwa czy trzy dni na froncie adriatyckim zostawiły mi dość mgliste wspomnienia. Pamiętam tylko kurz, gorąco – niemiecka artyleria okłada nas ogniem, ale posuwamy się ciągle naprzód. Tak doszliśmy pod Loretto. Po jego zajęciu nasz dywizjon oddzielono od reszty pułku i dostaliśmy zadanie wspierania 12. pułku kawalerii (naturalnie zmotoryzowanej). Mieliśmy przejść na lewe skrzydło frontu i osłaniać je. Po zachodzę słońca znowu w kolumnie i wąskimi dróżkami, znów mostów nigdzie nie ma, tylko brody, jedziemy na nasze nowe pozycje. Są pierwsze dni lipca. Nocy tej nie zapomnę nigdy, ciepła, jasna, księżycowa – gorąca, można czytać, kilometrami całymi widać co się dzieje. Nad głowami krążą dwa czy trzy niemieckie samoloty i co chwila spuszczają tu bombę, tam ostrzeliwują z karabinów maszynowych, a to wszystko bez pośpiechu, bo dranie wiedzą, że w nocy nic im nie można zrobić. Działa przeciwlotnicze nie mają reflektorów, więc nic im nie mogą zrobić. Samoloty te więc krążą nam nad głową i muszą widzieć naszą kolumnę, bo ja widzę czasami samolot na tle nieba. Ale nas nie atakują, widać mają lepsze obiekty. Od bomb widać tu i ówdzie pożar. Jeden taki w kierunku Loretto odległego od nas o kilka km. Po tym okazało się, że rzeczywiście bombardowali oni Loretto. Jedna bomba trafiła bazylikę i o dziwo ta bomba poza dziurą w kopule nie zrobiła żadnej szkody, tylko rozniosła niemiecki ołtarz w pył. Nie wiem czy Wy znacie historię Loretta (litania loretańska). Otóż tradycja głosi, że gdzieś w średniowieczu, już daty dokładnie nie pamiętam, aniołowie przenieśli domek św. Rodziny z Nazaretu najpierw gdzieś do dzisiejszej Jugosławii, a potem do Loretto. Domek ten obudowano przepiękną bazyliką – w stylu renesansu. Dziedziniec projektował nawet Bramante. Jedno jest pewne, że cegieł z jakich zbudowany jest ten domek św. Rodziny nigdy nie produkowano na terenie Włoch. Otóż ten domek stoi po środku bazyliki, a naokoło są kaplice różnych narodowości. Wygląda to mniej więcej tak: (rysunek w skanach). Otóż bomba trafiła kopułę gdzie jest mój krzyżyk i skosem wpadła do kaplicy niemieckiej i tam zburzyła ołtarz doszczętnie. Sam widziałem to parę dni później. Dziwne, co? Ale wtedy gdy jechaliśmy na pozycje nic o tym nie wiedzieliśmy. Uwagę naszą przyciągały albo samoloty, lub tuż na sąsiednim wzgórzu walka o miasteczko Filottrano. Po paru godzinach jazdy wjechaliśmy na przedmieścia powiatowego miasta Macerata. Godzina 2-ga w nocy. Ludność wyległa na ulicę, którą objeżdżamy miasteczko. Tłumy wiwatują na naszą cześć, obrzucają nas kwiatami, ale mnie smutne myśli chodzą po głowie. Ach, gdyby to była Polska, ale z sytuacji politycznej wygląda, że jest mało prawdopodobne abyśmy kiedyś wjechali tak do naszych rodzinnych stron. Zjeżdżamy teraz serpentynami ze wzgórza na którym leży Macerata i przejeżdżamy jeszcze jedną wioskę i tuż za nią, ze 2km ustawiamy nasze działa w sadzie. W dzień jadę z powrotem do Maceraty, aby ją zobaczyć za dnia. Ładne, czyste ulice, domy renesansowe z podziemiami. Na ogół pusto. Widzę pół otwarty sklepik, więc wchodzę, a tam wszystko przewrócone do góry nogami. Starsza kobiecina stara się uporządkować ten bałagan i zalewa się łzami. Pytam, co się stało. Odpowiada, że wczoraj Niemcy opuszczając miasto rabowali co się dało. Dla otarcia jej łez kupuję parę zdjęć miasteczka. Nowe nasze pozycje podobają mi się, bo jesteśmy całkiem samodzielni. W chałupie leżącej jakiś kilometr przed nami mamy punkt obserwacyjny. Ze wzgórza widać Szwabów jak się kręcą jakiś kilometr czy półtora od nas. Nakrapiamy ich więc, polując nawet na pojedynczych motocyklistów. Nasi ułani wyjeżdżają wozami pancernymi w kierunku Szwabów, ale rzadko wdają się w walkę z nimi. Natomiast wracające z rozpoznania wozy pancerne zamiast prochem czy benzyną pachną najlepszymi perfumami francuskimi. Zaintrygowany pytam się ich oficera o powód; wyjaśnia mi, że na przedpolu stoi opuszczona willa, którą nasi ułani odwiedzają regularnie i że tam nie ma nic ciekawego ani wartościowego, więc chociaż znalezionymi perfumami w buduarze uprzyjemniają sobie pobyt na froncie. Jesteśmy na tym odcinku dwa tygodnie. Na lewo od nas góry i tam już nikogo nie ma, ani od nas, ani od szkopów, na prawo nieszczęsne miasteczko Filottrano. Strzelanina dzień i noc. Atakują je przydzielone nam oddziały włoskie. Może to dlatego tak dużo hałasu. Nasza sielanka skończyła się gdzieś po tygodniu. Niemcom znudziła się ta zabawa w chowanego jaką im urządzaliśmy naszymi działami. Umieścili obserwatora artyleryjskiego w miasteczku leżącym w górach prawie nad nami, tak, że widział każdy nasz ruch. Sprowadzili działo tzw. samobieżne – na podwoziu czołgowym. Działo to miało dalszy zasięg niż nasze, tak, że nic mu nie mogliśmy zrobić i dalej pewnego ładnego popołudnia zaczęli się oni odgryzać. Polowanie na ich motocyklistów z punktu obserwacyjnego było nawet emocjonujące. Widać go na drodze więc dajesz komendę ognia jednym działem. Widać wybucha dymek, ale za jeźdźcem, więc dalej wydłużasz ogień jeszcze krótki i następny pocisk pada koło motocykla i więcej go nie widać. Gorzej jest gdy polują na nas. Specjalnie, jak wtedy była kompletna cisza, my siedzimy w najbliższych rowach i słychać w oddali wystrzał, upływa minuta czy więcej, a tu w nas łup i odłamki sieką po sprzęcie. Całe szczęście nam nic nie zrobił. Lekko ranił przyjaciela (tego co to bez portek „zwiedzał” ze mną klasztor Monte Cassino) – pojechał do szpitala, ale rany na plecach okazały się powierzchowne. Nawet dział nie uszkodził. Więc po zapadnięciu zmroku zwinęliśmy manatki i przesunęliśmy się z kilometr dalej od gór, gdzie Niemcy nas nie mogli obserwować. Naturalnie odegraliśmy się na nich. Poza tym incydentem byliśmy prawie na letnisku. W wiosce znalazłem dentystę Włocha – miał bardzo ładny gabinet i zaplombowałem sobie u niego ząb. Noce mieliśmy tylko niespokojne. Te szwabskie samoloty nie dawały nam spać. Mieszkałem w namiocie, bo nie miałem przekonania do chałup „kontadinów” (chłopów) włoskich. Budynki są z kamienia i dosyć czyste, ale wszystkie mają na parterze obory, stajnie, chlewy, a nad nimi na piętrze mieszkają właściciele. Więc proszę sobie wyobrazić gorące noce włoskie – okna trzeba mieć otwarte, a tu z dołu bucha powietrze jak z pieca z dodanym aromatem, zależnym od gatunku lokatorów parteru. W dzień znów roje much. Więc wolałem mój namiot. Z resztą już od 2ch lat był on moim stałym domem. Ale pewnego ranka – noc spałem jak zabity, bo kiedyś trzeba spać, naloty, czy nie naloty – zobaczyłem, że skrzydło ochraniające wejście do namiotu postrzelone dużokalibrowym pociskiem, jakie miewają samoloty niemieckie. Wobec tego następną noc spałem w chałupie. Mury kamienne są bezpieczniejsze. Trochę, nie całkiem, bo następnej nocy znów rzucał bomby zapalające i podpalił sąsiednie gospodarstwo. Obserwowałem teraz życie tych chłopów. Żyją podobnie jak nasi. Tylko zamiast ziemniaków ich głównym pożywieniem jest mamałyga (z kukurydzy), no i wino. W 90% nie są oni właścicielami gospodarstw tylko dzierżawcami. System prawie feudalny. Właściciel ziemski mieszka zwykle w pobliskim miasteczku i bierze 50% wszystkich płodów. Do obowiązków jego należy tylko utrzymywanie zabudowań i płacenie podatków. Naturalnie chłopi nie bardzo chętnie patrzą się na ten podział ziemiopłodów jakie wyprodukują. Chociaż w niektórych dzielnicach stosunki między padronem (właścicielem) a contadinem (chłopem) były familijne i dosyć przyjacielskie. Koni prawie nie ma. Orkę robią krowami lub czasem wołami. W kuchni olbrzymi kominek i w nim hak, na którym wieszają kocioł do gotowania mamałygi. W czasie tego naszego pobytu samodzielnego parę razy pojechałem do reszty naszego pułku. Stał on wtedy na północ od Loretto. Niemcy bronili się w łańcuchu miasteczek rozsianych na szczytach wzgórz. Najbliższe (tej reszty mojego pułku) było Osimo. Jednego ranka przyjechałem i dowiedziałem się o nowej niepotrzebnej stracie jaką ponieśliśmy. Pierwszy (i jedyny) zabity oficer. Por. Sikorski dostał rozkaz, że Osimo zajęte przez naszą piechotę, więc aby wjechał do miasteczka i tam założył punkt obserwacyjny, kierujący artylerią. Obserwatorzy nasi mieli amerykańskie opancerzone samochody otwarte od góry. Opony na kołach odporne na pociski karabinowe. Więc on takim samochodem śmiało wali w ulice miasteczka, bo jest pewny, że tam ą nasi, a tu dostaje krzyżowy ogień karabinów maszynowych. Nie wiadomo czy poniosły go nerwy, czy też chciał być bohaterem, porwał karabin automatyczny, szeregowemu otworzył drzwi od samochodu i wyskoczył do rowu. Naturalnie Niemcy zastrzelili go na miejscu. A tymczasem reszta załogi samochodu wycofała się bezpiecznie i wróciła z hiobową wieścią do oddziału. Młody chłopak, wszyscy go lubili, w Palestynie przed wyjazdem na front ożenił się z piękną blondynką – była zdaje się jeszcze w gimnazjum. Po śmierci urodził się syn. A ojciec ma piękną, marmurową płytę, jedną z tysiąca, na stoku wzgórza tuż pod bazyliką Loretto. W połowie lipca ściągnięto nas z powrotem do reszty pułku. Znów jazda koszmarna nocą. Jak te jazdy odbywały się z taką małą ilością wypadków samochodowych, to nie mogę zrozumieć. Tej nocy jechaliśmy polną dróżką wymieszani z czołgami. Wszyscy podążaliśmy cichaczem pod osłoną nocy, tym razem już bezksiężycowej, do miejscowości Montaro, by zająć stanowiska przed decydującą bitwą o Ankonę. Była to ważna bitwa, bo do tej pory nie mieliśmy w pobliżu portu, do którego mogłyby zawitać statki z zaopatrzeniem dla nas. Bari była za daleko na południe, więc całą amunicję, benzynę, żywność przywoziły nam łodzie-samochody – amfibie, prosto z okrętów zakotwiczonych na pełnym morzu. Gdy pierwszy raz to zobaczyłem to swoim oczom nie chciałem wierzyć. Z dala, na horyzoncie, stał zakotwiczony okręt, a od niego odrywały się łodzie i płynęły w naszym kierunku, łódź taka nie zatrzymywała się na brzegu jak się można było spodziewać, tylko wypełzła na piaszczystą plażę, z plaży na szosę i dalej szoruje do bazy. Ale o tej bitwie o Ankonę to już napiszę następnym razem, bo dzisiaj nie mógłbym skończyć jej opisu. Zasyłamy z Joan moc serdecznych uścisków dla Wszystkich Maniek i Joan

dyskutuj
comments powered by Disqus