Polish II Corps in Italy
May 1944

Pamiętnik żołnierza - Bronisław Marchel

Janina Tenderenda

Janina Tenderenda Pamiętnik żołnierza Przedstawiam naszym młodym Czytelnikom fragment „Pamiętnika" mieszkańca wsi Białobrzegi nad Bugiem, ś.p. Bronisława Marchela. W czasie wojny był żołnierzem, uczestniczył w bitwie pod Monte Cassino. Pozostaje mi wyjaśnić, dlaczego jestem w posiadaniu tych wspomnień. Otóż byłam wtedy nauczycielką języka polskiego i historii w Zasadniczej Szkole Rolniczej w Sterdyni, kiedy pewnego dnia odwiedził mnie Pan Bronisław Marchel. Pokazał mi dość zniszczony, gruby zeszyt, pytając - czy interesują mnie „takie rzeczy". Rozmawialiśmy długo, dowiedziałam się wtedy, jakim „cudem" prosty człowiek z nadbużańskiej wsi objechał pół świata, aby w żołnierskim mundurze uczestniczyć w bitwie o Monte Cassino, a potem przez Włochy, Atlantyk, Anglię, po siedmiu latach tułaczki powrócić do rodzinnego domu. Oto - jak to się zaczęło: pewnej letniej nocy 1940 roku, kiedy Bug był granicą między ówczesnymi potęgami świata Związkiem Radzieckim a Rzeszą Niemiecką (jego rodzinna rzeka Bug leżała między Stalinem a Hitlerem - tak się wtedy wyraził), wybrał się Pan Bronisław z plecakiem, znajomym brodem, przez Bug „na tamtą stronę", bo „siestrzanka" urodziła dziecko i trzeba było zanieść parę kilogramów cukru. O cukier w Guberni było łatwiej, a u Sowietów na kartki był, w bardzo małych ilościach. Przez Bug Pan Marchel przeszedł, miał wrócić zaraz do domu - a wrócił za siedem lat. Został schwytany na granicy, potem przewieziony bardzo daleko na Wschód „pod biegun północny" - jak mówił, nad rzekę Pieczorę. W pamiętniku nie opisuje swoich cierpień. Jeżeli wspomina o możliwości przedostania się do Wojska Polskiego, tysiące kilometrów przecież, to używa słów: „znajdowałem się wtedy na tamtych terenach" zamiast „schwytano mnie, skazano, wywieziono". Nie zmieniałam Jego stylu ani charakterystycznych wy-rażeń. Przepisałam ten zeszyt prawie w całości osobiście. Ostatnie wspomnienia już po opuszczeniu Związku Radzieckiego, aż do wylądowania we Włoszech (czyli czas od kwietnia 1942 r. do marca 1944 r.) przepisywały dziewczęta z Zasadniczej Szkoły Rolniczej; było nam bardzo trudno odczytywać nieporadne pismo Pana Bronisława - a jednak, kiedy fragmenty tych wspomnień czytaliśmy na lekcjach, wiedziałam, że nie były to zmarnowane godziny. Zeszyt - rękopis Pana Bronisława został Mu zwrócony, odniesiony przez Jego wnuczkę, naszą uczennicę, Mirkę. Oto fragmenty: „...Po moim powrocie do Kraju w roku 1947 chodziły takie dywersje, „że generał Anders wykradł Polską Armię ze Związku Radzieckiego, bo nie chciał walczyć przy boku Armii Czerwonej". Otóż odwrotnie, ja, jego żołnierz, potwierdzam ten fakt, że my wyjechaliśmy w roku 1942 na Bliski Wschód legalnie. 28 marca 1942 roku ładowali nas do pociągów i tego samego dnia wyruszyliśmy w podróż do portu Krasnowodsk nad Morzem Kaspijskim. Miałem trochę szczęścia, że popadłem na ten pierwszy transport. Przekraczaliśmy granicę z 31 marca na 1 kwietnia 1942 roku. Podróż przez Morze Kaspijskie do Iranu trwała 24 godziny. Jechaliśmy okrętem „Stalin". Pożegnanie się ze Związkiem Radzieckim było bardzo miłe i piękne. Przy ładowaniu się na okręt i później, przez cały czas jazdy morzem przygrywała nam orkiestra. Następny transport wyjechał z Rosji w sierpniu, też w roku 1942. Już więcej polskiej armii nie wyszło. Granica została zamknięta. Stosunki z rządem polskim w Londynie zostały zerwane. (...) Przyjazd do Włoch po pięciodniowej podróży okrętem po Morzu Śródziemnym do portu Tarento. „Dwa razy wychodziłem na pokład okrętu, by zobaczyć w noc ten piękny świat, to granatowe niebo. Bo na pokładzie okrętu stały samochody i czołgi. A żołnierze mieszkali w kabinach pod samochodami i czołgami, na spodzie. Do portu przyjechaliśmy 19 marca 1944 r. na Św. Józefa. U nas w baterii było dwóch Józefów, obchodzili imieniny, a w Italii wina, jak wody (Bianko i Rosa). Przyjechaliśmy do miasta San Bazylio z portu Toronto. Na placu już były rozstawione stoły. Pierwsza nasza gościna. Wielka uroczystość. Jesteśmy na ziemi Europy. W tyle została Azja i Afryka. Radości nieprzebrana moc dla żołnierzy. Nie były to imieniny tylko wesele - bo my wygnańcy z Polski na stracenie już widzimy swoja Polskę na horyzoncie. Nikt z oficerów, podoficerów i żołnierzy wyobrazić sobie nie może tego momentu, tego dnia, tej chwili. My tu stoimy z bronią w ręku gotowi do walk z wrogiem. Zdawało się nam, że już jesteśmy w domu - bo przejechaliśmy morza i stanęliśmy pierwszym krokiem na suchym lądzie. Tak sobie dumaliśmy, bo choćby cały rok iść piechotą do Polski, to by przyszedł. A przez morze na brodzączki by nie przebrnął, bo by się spodnie pomaczały i... . Ale już jesteśmy w Europie, przybliżamy się. Widać tu inny świat, swoi ludzie, już nie mc Arabów, nie widzimy ich kobiet (Arabek) z pozakrywanymi oczami. Tylko piękne seniory i seniorki, Anglicy i Amerykanie. Sprzyjają nam dobrze, bo jus dostali dobre wciry pod Monte Cassino. Tylko na nas czekają i oglądają się, i mają trochę nadziei, bo front stoi w miejscu długi czas. Klęska. Wtedy dowiedzieliśmy się, że bez mała za miesiąc jedziemy na front. Anglicy Amerykanie, Francuzi, Hindusi zostali pod Monte Cassino pobici, ponieśli straty w 75 procentach, okropna klęska. Teraz szykują Polaków. Żeby nie Polski Drugi Korpus to już by się front aliantów pod Monte Cassino załamał. Nie do zdobycia ta forteca. Hitler nazwał klasztor na Monte Cassino linią Hitlera, nie do zdobycia. Front już stoi dłuższy czas w jednym miejscu, a Niemcy umacniają się dzień i noc. Budują bunkry żelbetonowe. Są już pewni siebie, że wygrają wojnę. A nie wiedzą o tym Niemcy, że przed nimi stoi Polski Drugi Korpus generała Andersa. Że żołnierz Polski, wygnaniec, będzie szedł na odwet, na odbój za rok 1939. Wyjazd na stanowisko wyczekiwania na linię frontu W Wielki Tydzień 21 kwietnia wyjechaliśmy z San-Bazylio. Do Troselino przyjechaliśmy w Wielki Piątek. Dobrze popadło nam żołnierzom bez wyjątku żadnego. Pozwiedzaliśmy Groby w kościołach, zobaczyliśmy jak są poubierane. Nic nie inaczej, jak u nas w Polsce, ten sam zwyczaj. 25 i 26 kwietnia, Święta Zmartwychwstania Chrystusa spędziliśmy bardzo dobrze, wesoło, miło i radośnie. W pierwszy dzień po Świętach 27 kwietnia z samego rana wyjazd na linię frontu, do miasta Winafro. Tam stanęliśmy już cały czas bitwy. Ale to stały tylko odwody naszego pułku, które znajdowały się w odległości 18 km od frontu. Baterie zajęły stanowiska w pierwszej linii pod Monte Cassino. Był tam wąwóz, nazywał się po włosku Inferno. Polacy przemianowali go na Wąwóz Gdański. Hitler zabrał nam Korytarz Gdański - a Polacy mu za ten Korytarz zabrali Wąwóz Gdański i został tu przez Polaków pobity. Wówczas mój los popadł nie zostać w odwodzie, tylko na pierwszej linii. Funkcję pełniłem na froncie jako kierowca. Jesteśmy już na linii frontu, pole bitwy mamy po Anglikach i Amerykanach. Całym frontem pod Monte Cassino dowodzi generał Anders. Dali mu do pomocy: Charlesa de Gaulle - francuskiego i generała amerykańskiego Eisenhowera. Przygotowanie do akcji idzie pełnym pędem. Oczekujemy uderzenia. Oczekujemy każdego dnia, każdej godziny i chwili, że już nastąpi ofensywa. Panuje cisza na całym odcinku frontu. Jak dniem tak i nocą. Motory samochodów tylko z daleka ryczą po drogach górzystych. Odbywa się podciąganie wszelkiego rodzaju posiłków, broni, amunicji - nawet i wody do motorów pod linią frontu i piechoty. Dzień po dniu następuje. Godzina po godzinie. Przed natarciem Każdemu żołnierzowi nerwy się rozstrajają. Chciałby jak najprędzej z jednego Szwaba ubić, bo każdy jest nastawiony na nich. Albowiem co dzień słuchamy audycji radia podziemnego z Kraju. Jaki oni tam terror stosują, jakie zbrodnie wyprawiają. Już nie jeden żołnierz w Italii, w Drugim Korpusie wie, że jego brat lub ojciec pod murem rozstrzelany. Oficerowie rozmawiają o swoich kolegach. Jeden zabity, inni wywiezieni do Majdanka; usłyszeli znane sobie nazwiska oficerów. Zbliża się dzień 11 maja 1944 roku. Cały dzień przetrwał spokojnie, powoli nadszedł wieczór. Oficerowie już zaczynają spoglądać po sobie i na zegarki patrzą. Mapy trzymają w rękach. Coraz częściej patrzą na zegarki. O godzinie 11 wieczorem rozlega się trąbka na całym froncie, żałosna. Po trąbce przemówione słowa. Tak i nadeszła nasza godzina. Początek Wówczas, jakby za sznurek pociągnął, uderzyły wszystkie działa na całym odcinku frontu. Od morza Tyrreńskiego do morza Adriatyckiego. Zrobiła się wojna i zarazem otworzyło się piekło. Ziemia trzęsła się od huku. Huku dział i rwania się pocisków. Na niebie łuna, bo ziemia się paliła. To nie była wojna tylko piekło się odkryło. Tak było od 11 maja wieczorem, tyle dni, aż do 18 maja. Dniem i nocą piechota nacierała, a Niemcy kosili jak kosą trawę, bo siedzieli na wzgórzach, mieli dobre pole obstrzału, dobra widoczność i dobre bunkry żelbetonowe. Bitwa Dwadzieścia cztery godziny wszystkie działa biły na całym odcinku frontu Drugiego Korpusu bez przerwy. Aż się zaczęły już lufy rozkalibrowywać. A piechota nacierała, nie patrząc na duże straty. Nieprzyjaciel siedział na wzgórzach bardzo umocniony. Bunkry były takie grubości, że bomba jednotonowa z wierzchu nic im nie szkodziła. A tych wzgórz było bardzo dużo. Na każdym pod 3 i 4 bunkry. Otwory miały skierowane we wszystkie kierunki. A nasza piechota była bardzo odkryta i dobrze widoczna. Nazwy tych wzgórz: Kloster - 800 m. nad poziomem morza, Monte Kairo - 1664 m. Z tego wzgórza nieprzyjaciel miał najlepszą obserwację całej naszej linii frontu. Ponieważ front stał dłuższy czas w jednym miejscu, nieprzyjaciel był dobrze wystrzelany. Zaobserwował odrobinkę kurzu lub jakiś szmer, nie potrzebował się wstrzeliwać, miał celownik gotowy do strzału. Bardzo ciężko było zdobyć miejscowość Albaneta, wzgórze Widmo, wzgórze San Angelo (Anioła Śmierci), wzgórze Kastellano, wzgórze 569, 593. jeszcze „małe siodełko", „duże siodełko", wąwóz bardzo ciężki do zdobycia - Mała Miska. Jeszcze było Wzgórze Straceńców. Dowódca posłał pluton - nikt nie wrócił. Wszystkie te wzgórza to była obrona nieprzyjaciela, miał całą naszą linię jak na dłoni. A nasi musieli posuwać się do góry, zdobywać bunkier po bunkrze i to z dużymi stratami. Postanawia drużyna za wszelką cenę zdobyć bunkier, który już mają na oku, dobrze zauważony. Ale nieprzyjaciel ich też dobrze obserwuje. Który się poderwie, już zabity lub ranny. Ale były wypadki, że jeszcze mniej ranny zdążył wrzucić granat w otwór bunkra. Bunkier zamilkł. Pozostali trzej lub czterej żołnierze są jeszcze ukryci, bo dopiero jeden bunkier zdobyli, a tam jeszcze jest ich więcej. Ale z drugiego bunkra już ich wybiją. Bywały wypadki, że jedna drużyna zdobędzie dwa lub trzy bunkry - ale zdrowy nikt już nie wróci. Albo wybici albo lżej lub ciężko ranni. Było takie zdarzenie: drużyna wdarła się na wzgórze Widmo, które posiadało trzy bunkry. Zdobyli dwa bunkry. Przez wrzucenie granatów unieszkodliwili obsługę karabinów maszynowych. Ale naszych żołnierzy zostało tylko trzech. I to dwóch ciężej rannych a jeden lżej. Teraz pomyślcie zdrowym rozumem: z tego trzeciego bunkra Niemców wychodzi dwunastu, ręce trzymają do góry, na karabinie białe kalesony, że się poddają. Przypadkowo dołączył do nich jeden polski żołnierz, który dał radę jeszcze trochę manipulować karabinem i straszyć Niemców. Ale oni sami mieli też dobrego stracha. Nasi ustawili ich jeden za drugim, po trzy kroki odstępu, ręce kazali założyć za głowę, nie oglądać się bo kula w łeb. Ale nie mieli już żadnej amunicji. Gęsiego zeszli w dół. Zameldowali dwunastu jeńców u dowódcy Brygady. Ciężkie to były walki i z bardzo dużymi stratami. A jednak Polacy walczyli do ostatniego tchu. Zwyciężyli. Nie załamali się, zdobyli Klasztor, pierwsi zatknęliśmy swój Sztandar na gruzach Monte Cassino. Pokazali swój hart bojowy i chociaż na obcej, włoskiej ziemi, to Niemców pobili. Po zdobyciu Monte Cassino i Piedimonte dali nam dwa tygodnie odpoczynku. Wycofali nas - te niedobitki do tyłu, do Winafro, miasta gdzie stały nasze odwody. Po tych ciężkich walkach żołnierz się nie nadawał do następnych bojów. Był bezgranicznie wycieńczony, podupadły na siłach i wyczerpany nerwowo. Ale Polska była coraz bliżej."

dyskutuj
comments powered by Disqus