other stories
September 1939

Niedokończona opowieść wojenna mojego ojca

Janina Nowicka

Mój ojciec, Ignacy Komar (ur. 13.01. 1911, zm. 03.02. 1992) po przejściu przez radzieckie obozy, razem z Armią gen. Andersa dotarł do Anglii, gdzie służył w obsłudze naziemnej lotnictwa. Swoją drogę przez Rosję spisywał hasłowo na odwrocie dokumentu internowania go na Litwie. Ten swoisty dziennik był podstawą opisania jego historii, jednak tylko do momentu wstąpienia do polskiej armii - tyle zdążył nam podyktować. Dalsze losy można odtworzyć w bardzo skrótowej wersji, opierając się na datach i hasłach. Przesyłam w załączeniu Niedokończoną opowieść wojenną mojego ojca. Dysponuję również zdjęciami z jego pobytu w Bombaju i w Anglii, oraz dokumentem internowania go na Litwie, z "dziennikiem podróży" na odwrocie. Mogę przesłać fotokopie, jeżeli będą przydatne. Z poważaniem, Janina Nowicka NIEDOKOŃCZONA OPOWIEŚĆ WOJENNA MOJEGO TATY IGNACY KOMAR 13.01.1911 – 03.02.1998 Wczesny ranek 17 września 1939 roku wstał pogodny i ciepły, jak zresztą wszystkie dni owego pamiętnego września. Jako młody posterunkowy jechałem z Horodzieja na poranny patrol do wsi Łużanka. Koła roweru kręciły się wolno, a moje myśli biegły szybko i daleko – aż za Warszawę, gdzie pozostawiłem najbliższych, matkę rodzeństwo, rodzinę. Wszak to już siedemnasty dzień wojny, co się z nimi dzieje? Czy żyją? Jakie czekają ich losy? Ale oto już wieś. Mocniej przycisnąłem pedały, rower potoczył się szybciej. Wieś już wstawała ze snu, zaczynała się codzienna krzątanina. Poszczekiwały psy, skrzypiały żurawie przy studniach, ot – budził się nowy dzień. Po wykonaniu polecenia służbowego wyszedłem na drogę i gdy rozmawiałem z gospodarzami wypytującymi o nowe wiadomości, nagle usłyszeliśmy warkot nadlatującego od strony Nieświeża samolotu. Był to ciężki, czarny, jednopłatowiec z czerwoną sowiecką gwiazdą. Leciał nisko i wolno wzdłuż drogi, zatoczył koło nad wsią i skierował się z powrotem na wschód. Zdałem sobie sprawę, że sowiecki samolot naruszył poważnie przestrzeń powietrzną Litwy, co nie wróżyło niczego dobrego. Spojrzałem na zegarek – dochodziła godzina szósta. Postanowiłem wracać na swój posterunek. Gdy żegnałem się z gospodarzami podjechał do nas Pasternak, kolega z sąsiedniego posterunku w Howeziu. Pasternak powiedział krótko - Sowieci uderzyli na Polskę dziś nad ranem. - Zawiadomcie wszystkich ludzi we wsi - poleciłem gospodarzom, bo my musimy wracać do Horodzieja. Nie zdążyliśmy jeszcze wsiąść na rowery, kiedy w tumanie kurzu nadjechał samochód powiatowego komendanta Kobelskiego z Nieświeża. W samochodzie obok komendanta siedziało czterech jego podwładnych. Samochód przystanął, zasalutowaliśmy i zameldowaliśmy się komendantowi. Po wymianie najnowszych informacji samochód ruszył dalej, a skierowaliśmy się w stronę Horodzieja. Po drodze spotkał nas jeszcze podróżujący furmanką starosta Węgrowski z żoną i córką. Pytał gdzie mógłby znaleźć schronienie. Skierowałem go do majątku Borodzicza, położonego z drugiej strony wsi Łużanka. Kółka rowerów kręciły się coraz szybciej i niebawem dotarliśmy do Horodzieja. Wbiegłem na swój posterunek. Nie było tam już nikogo z policji, zostali tylko dwaj młodzi chłopcy z Łużanki, którzy pełnili służbę pomocniczą. Działałem szybko - trzeba zniszczyć dokumenty żeby nie wpadły w ręce wroga – to była moja pierwsza myśl. Wyjąłem pistolet i odstrzeliłem zamek kasy pancernej MOP, wyjąłem wszystkie dokumenty i poleciłem chłopcom, żeby je natychmiast spalili. Następnie wziąłem płaszcz, dodatkowy rewolwer, wsiadłem na rower i udałem się do mieszkania komendanta. Niestety mieszkanie było już puste; tylko niezasłane łóżko i rozrzucona pościel świadczyły, w jakim pośpiechu mieszkańcy opuszczali dom. Pokiwałem głową, jakaś myśl o odpowiedzialności i obowiązku przebiegła mi przez świadomość. Zaraz jednak wycofałem się i pojechałem prędko na pocztę. Tam poprzecinałem kable telefoniczne, aby uniemożliwić łączność wrogowi. Jadąc zawiadamiałem wszystkich spotkanych po drodze o tym, co się stało nad ranem. Około godziny 10.00 znalazłem się na drodze biegnącej w stronę Mira, na owym sławnym trakcie mirskim, którym Napoleon podążał przed laty na podbój Moskwy. Droga była szeroka wysadzana wielkimi lipami i brzozami rzucającymi długie cienie. Lekki wietrzyk poruszał liście i chłodził moje spocone czoło. Zamyślony nie usłyszałem nawet turkotu sowieckiego czołgu, zauważyłem go dopiero, gdy ten mnie minął. Droga w tym miejscu spadała w dół. Czołg zatrzymał się nagle i skierował lufę w moją stronę. Wieżyczka otworzyła się i wyjrzało z niej trzech czołgistów. Zeskoczyłem z roweru, przystanąłem za drzewem, wyjąłem karabin i złożyłem się do strzału. Kiedy Sowieci ujrzeli karabin skierowany w ich stronę schowali się momentalnie i zamknęli klapę. To prawda, że w chwilach zagrożenia człowiek myśli bardzo szybko i równie szybko podejmuje decyzje. Tak było też ze mną. Zrozumiałem, że nie mam żadnych szans. Zginąć marnie to żadna sztuka, może nawet najbliżsi nigdy by się o tym nie dowiedzieli. Trzeba więc żyć i wyjść losowi naprzeciw. Szybko schowałem broń, wsiadłem na swój wehikuł i bruzdą w świeżo zaoranym polu pomknąłem w stronę Mira. Nadłożyłem sporo drogi, ale za to byłem na razie bezpieczny. Po przejechaniu około dwóch kilometrów i pokonaniu wartkiego strumienia znalazłem się w majątku przylegającym do miasteczka Mir. Ostrzegłem jego właścicielkę przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Na rynku miasteczka otoczyli mnie Żydzi wypytując o nowinę. Pierścień starozakonnych zaczął zacieśniać się wokół mnie. Znając ich komunistyczne poglądy postraszyłem ich broną i dopiero wtedy rozstąpili się i przepuścili mnie dalej. Dalsza droga prowadziła przez wieś Karolice do Lidy. Na tej drodze spotkałem komendanta Kobelskiego z jego podwładnymi, którzy wracali samochodem z Nowogródka. Chcieli się tam dowiedzieć o przyczyny agresji radzieckiej na Polskę. Opowiedziałem im przeżycia dnia, ale nie chciałem wrócić z nimi do Horodzieja. Tak też się rozstaliśmy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że do ponownego spotkania z Kobelskim dojdzie dopiero w 1942 roku w Iraku. Dojechałem do Lidy gdzie było już duże zgromadzenie policji ze wszystkich pogranicznych posterunków. Stąd udawali się pociągiem do Wilna gdzie przewidziany był nocleg. Udałem się tam jednak rowerem. Po kilkunastogodzinnej jeździe (około 100 kilometrów) dojechałem do drukarni, w której pomieszczeniach przewidziany był nocleg. Ułożyłem się w kącie między belami papieru i zaraz zasnąłem. Odpoczynek trwał jednak niecałe dwie godziny, po których wszyscy zostali obudzeni, ustawieni czwórkami i wymaszerowali w stronę granicy litewskiej. W koło słychać było niepokojące wieści i płacz ludzi, a my szliśmy nie wiedząc co nas czeka. Przyroda nie wyczuła tego napięcia – noc była ciepła, pełna gwiazd i uroku. Na granicy Polsko-Litewskiej policjanci musieli złożyć broń. W mundurach przeszli na litewską stronę. Sytuacja była trudna i napięta. Byli tacy, którzy nie wytrzymali tej pierwszej próby. Jeden z oficerów zamiast rzucić broń przyłożył ją do skroni; moment, strzał i już po wszystkim. Ja złożyłem karabin i pistolet tak jak wszyscy inni, ale drugi pistolet – Walter VII wsunąłem głęboko w kieszeń – na wszelki wypadek. – Jeszcze nie wiadomo co się zdarzy, broń może się przydać – pomyślałem. Po litewskiej stronie rozlokowano nas po stodołach na późny nocleg. Zmęczeni, ułożeni pokotem natychmiast zasnęliśmy. Skończył się pierwszy dzień wojennej tułaczki, która miała trwać kilka długich i ciężkich lat. Ale wtedy jeszcze nikt o tym nie wiedział. ROZDZIAŁ II (Wiłkomierz, Połąga, Wiłkowiszki) Nie było nam jednak dane długo odpoczywać. Wczesnym rankiem osiemnastego września pobudka poderwała wszystkich na nogi. Z inicjatywy Litwinów rozpoczął się marsz w kierunku Wiłkomierza. Szosą biegnącą w stronę miasta sunęły tłumy uciekinierów z Polski: policja, leśnicy, urzędnicy państwowi i trochę cywilnej ludności. Ogółem liczba Polaków, którzy przekroczyli granicę litewską sięgała 17 tysięcy, taka przynajmniej fama krążyła między uchodźcami. Było to duże obciążenie dla tak małego państwa jak Litwa, dlatego też prawdopodobnie Litwini zwrócili się z prośbą o wsparcie do Anglii. Przyjechał nawet kapitan angielski i zrobił przegląd obozu integrowanych, jednak bliższe informacje na ten temat nie są mi znane. Wolno posuwaliśmy się całą szerokością szosy. Słońce grzało już mocno a do wioski było jeszcze kilka kilometrów. W czasie odpoczynku udałem się wraz z kilkoma towarzyszami drogi do dworku, do którego zaprosiła nas właścicielka. Dziwnym zbiegiem okoliczności była Polką i nosiła to samo nazwisko co ja. Ugościła nas herbatą i kanapkami, a mnie wypytywała o koligacje rodzinne, zastanawiając się czy nie jesteśmy spokrewnieni. W dalszej drodze do Wiłkomierza podszedł do mnie obywatel litewski narodowości polskiej o nazwisku Czarniecki. Zapraszał mnie serdecznie do siebie w gościnę. Odmówiłem, bo byłem przecież związany z resztą uciekinierów, wtedy pan Czarniecki dał mi swój adres mówiąc - Jak będzie pan w potrzebie to proszę do mnie przyjechać lub napisać, a ja zawsze panu pomogę. I rzeczywiście przyszedł później czas, że wykorzystałem tę znajomość, a było to w obozie internowanych w Wiłkowiszkach. Napisałem stamtąd list, a pan Czrniecki przysłał mi paczkę żywnościową – słoninę, kiełbasę, cebulę itp. – delicje dla wygłodzonego więźnia. Ale to było dużo później, tymczasem wróćmy do Wiłkomierza. W Wiłkomierzu podzielono nas na grupy i rozlokowano w różnych miejscach. Ja byłem w grupie umundurowanych, umieszczono nas w szkole gdzie po posiłku ułożyliśmy się na nocleg. Następnego dnia rano – dziewiętnastego września – poddano wszystkich rewizji osobistej. Musiałem rozstać się ze swoim drugim pistoletem, skrzętnie do tej pory przechowywanym w głębi kieszeni. Położyłem go po prostu pod blatem szkolnej ławki i tam pozostał. Następnie mnie i około sześć tysięcy innych ludzi załadowano do wagonów na stacji kolejowej. Jechaliśmy w nieznanym kierunku. Po wielu postojach, przesiadkach, spisach dwudziestego drugiego września znaleźliśmy się w Połądze, miejscowości letniskowej nad Bałtykiem, położonej niedaleko Kłajpedy. Rozlokowano nas w domach letniskowych, a ja trafiłem do pałacu Tyszkiewiczów zwanego ‘Kurhaus’, gdzie wraz z kilkoma kolegami z policji zamieszkałem w suterynie, bo na wyższych kondygnacjach mieszkali oficerowie. Spotkałem tam mojego dobrego znajomego z Warszawy,Olka Świetlickiego, z którym przyjaźń przetrwała całą wojnę i lata powojenne aż do śmierci Olka. Pierwsze dni w Połądze upływały nam dość przyjemnie. Był to wprawdzie koniec września, ale było ciepło i pogodnie. Wszyscy spacerowali brzegiem morza i zawzięcie politykowali. Niektórzy mieli ze sobą małe radia słuchali więc wiadomości z Francji i sprzeczali się co do terminów zakończenia tej, jak myśleli, błyskawicznej wojny. W pierwszą niedzielę po przyjeździe udaliśmy się do polskiego kościoła, gdzie polski ksiądz na koniec Mszy Świętej zaintonował ‘Boże coś Polskę’. W kościele zapanowała najpierw grobowa cisza a potem straszny szloch wyrwał się z setek polskich piersi. Wszyscy płakaliśmy śpiewając ‘Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie’. Minęła jesień, nadeszła zima. Życie internowanych biegło na spacerach, grze w szachy, rozmowach, słuchaniu radia i chodzeniu trzy razy dziennie po przydziały żywności. Niektórzy próbowali ucieczki do Szwecji przekupując rybaków litewskich. Przemyt kosztował około 200 litów. W kilku wypadkach akcje udawały się, ale kiedy stało się to częstą praktyką Niemcy zaczęli wyłapywać uciekinierów i prawdopodobnie na ich żądanie zaczęto likwidować obóz w Połądze. Zarządzenie o likwidacji obozu przekazał przy śniadaniu oficer dyżurny. Był koniec stycznia 1940 roku. Przewieziono nas do Wiłkowiszek, położonych bliżej granicy polsko-niemieckiej. Tam umieszczono nas w obozie otoczonym drutami. Znalazłem się w grupie około 1 300 osób złożonej z funkcjonariuszy policji, urzędników leśnictwa, oficerów rezerwy i innych. Przeważali jednak policjanci ze wschodnich województw Polski – nowogródzkiego i wileńskiego. Obóz znajdował się poza miastem, zajmował teren w kształcie prostokąta o wymiarach 700x800 metrów (mierzone krokami). Internowanych rozmieszczono w budynkach podobnych do koszar, po kilkanaście osób w każdym pomieszczeniu. Były tam ciasno ustawione piętrowe prycze, a umeblowania dopełniały stół, krzesło i miednica. Za ogrodzeniem z drutu kolczastego chodziły patrole litewskie – tak zwani ‘szaulisi'. Nie wolno nam było wychodzić poza obóz bez specjalnej przepustki. Życie w obozie toczyło się podobnie jak w Połądze. Oficjalnie nie wolno było posiadać radia, ale Polacy nie przestrzegali tego zakazu. Ci co słuchali informacji zapisywali najważniejsze wieści i kolportowali je wśród reszty obozu. Innowacją wprowadzoną w Wiłkowiszkach były kursy polonistyki, poetyki, historii, matematyki i języków obcych prowadzone przez profesorów uniwersyteckich, którzy znaleźli się w naszym gronie. Wielu z nas korzystało z tych kursów. Od czasu do czasu docierały do nas wiadomości bezpośrednio od osób, które uciekły z terenów znajdujących się pod okupacją Sowietów. Były one raczej niewesołe. Mówiły o deportacjach ludności polskiej w głąb Rosji. Dowiedzieliśmy się o likwidacji polskich szkół i specyficznych sposobach rusyfikacji i ateizacji polskich dzieci. Z ust naocznego świadka, ojca jednego z dzieci, który po ucieczce z Polski znalazł się jak ja w obozie, usłyszałem następującą historię: rosyjski nauczyciel kazał dzieciom w klasie pomodlić się do Boga, aby dał im cukierki. Dzieci odmówiły modlitwę i czekały na nagrodę jednak nic się nie wydarzyło. Wtedy nauczyciel powiedział dzieciom żeby poprosiły o łakocie Stalina. Dzieciaki zawołały chórem: - Towarzyszu Stalinie, prosimy o cukierki! W tym momencie z za zasłony w kącie klasy szkolnej posypały się słodycze, a dzieci miały odpowiedzieć na pytanie ‘kto lepszy?’. Inny uciekinier z Polski opowiadał, że widział w Wilnie w teatrze żony rosyjskich oficerów ubrane w długie koszule nocne, które owe damy uważały za suknie wieczorowe. Widocznie nigdy nie widziały porządnej koszuli nocnej, więc wzięły je za toalety wieczorowe. Od uciekinierów przekraczających stale granice Litwy dowiedziałem się, że byłem poszukiwany przez Sowietów w Horodzieju i okolicy w związku ze zniszczeniem dokumentacji policyjnej mojego posterunku. Poszukiwania te trwały co najmniej sześć tygodni. Nie dały oczywiście rezultatów, gdyby nie internowanie na Litwie nie byłoby zapewne tych wspomnień. W czasie pobytu w Wiłkowiszkach wysłałem dwa listy. Jeden do matki mieszkającej niedaleko Warszawy, a drugi do przyjaciela Zygmunta do Legionowa. Obydwa listy dotarły do adresatów, gdyż po niedługim czasie nadeszła przesyłka od Zygmunta w postaci paczuszki z machorką. Do paczuszki dołączona była karteczka z kilkoma słowami. Odpowiedź od matki dostałem dopiero po około dwóch miesiącach, kartka błądziła długo o czym świadczyły liczne stemple z różnych części ZSRR a nawet z Moskwy. Z wielkim wzruszeniem i radością czytałem słowa nakreślone spracowaną ręką matki. ‘Żyję synku i czekam na Twój powrót. Niech Cię Bóg ma w swojej opiece.’ Gdy po latach tułaczki wróciłem do domu już jej nie zastałem. Zmarła rok przed moim powrotem. Zapewne czytelnik zdziwi się dlaczego prosiłem przyjaciela o przysłanie tytoniu. Sprawa była prosta, tytoń czy machorka to były artykuły, które można było w każdej chwili wymienić na żywność. Na terenie obozu kwitł handel wymienny w całej pełni. Nie wymieniłem jednak machorki, lecz oddałem ją mojemu przyjacielowi – Olkowi. Czas szybko mijał. Przeszły święta Wielkanocne, to już drugie święta spędzone za drutami. Właściwie święta nie różniły się w obozie od dnia powszedniego. Te same marne racje żywnościowe, żadnych uroczystości, jedynie kolędy, czy pieśni wielkanocne śpiewane przez mieszkańców obozu świadczyły, że nie zapomnieli o polskiej tradycji. Wprawdzie byli wśród nas księża, ale odprawianie jakichkolwiek praktyk religijnych było surowo zakazane. Jeżeli ktoś chciał skorzystać ze spowiedzi wybierał się na spacer z księdzem, w trakcie którego duchowny mógł udzielić sakramentu pokuty i pojednania. W pierwszych dniach czerwca spadła na nas jak grom straszna nowina. Sowieci zajęli Litwę. W obozie zapanował popłoch. Prawie wszyscy internowani rzucili się przez druty do ucieczki w stronę granicy pruskiej. W ślad za nimi podążali szaulisi, usiłując ich zawrócić. Użyli nawet broni. Podobno kilka osób było rannych. Część zbiegów przekroczyła granicę Prus Wschodnich, dowodem na to był list jednego z kolegów napisany z Warszawy. Reszta została zawrócona do obozu. Ja i Olek nie ulegliśmy ogólnej panice i pozostając w obozie rozważaliśmy sprawę na trzeźwo i obaj doszliśmy do tego samego wniosku, że byłaby to przysłowiowa ucieczka z deszczu pod rynnę. Okazało się później, że mieliśmy rację. Do obozu docierały nowe wieści przynoszone często przez samych Litwinów. W ten sposób dowiedzieliśmy się w jakich okolicznościach nastąpiło zajęcie Litwy przez armię sowiecką. Parlament otoczyły czołgi sowieckie, a od zebranych przedstawicieli rządu litewskiego zażądano zgody na przyłączenie Litwy do ZSRR. Od tego momentu obok strażników litewskich pojawili się żołnierze sowieccy. Skończyły się przepustki do miasta, wzmocniono odrutowanie obozu i pilnowano by nikt się z niego nie wymknął. Nasze samopoczucie zmieniło się diametralnie. Zdążyliśmy uciec przed Sowietami z Polski, a teraz wpadliśmy prosto w ich łapy. Zadręczała nas niepewność jutra zwłaszcza, że od jednego ze strażników dowiedzieliśmy się, że niedługo czeka nas wyjazd ‘i tam już nie będzie takiego dobrego jedzenia jak na Litwie’. Wkrótce ta wiadomość nabrała realnych kształtów gdyż 12 lipca 1940 roku o godzinie 21:48 załadowano nas wszystkich do bydlęcych wagonów i cały transport ruszył w kierunku Związku Radzieckiego. Tak rozpoczął się następny etap mojej wojennej tułaczki. ROZDZIAŁ III (Kozielsk) Jazda pociągiem odbywała się, delikatnie mówiąc, w warunkach niehumanitarnych. Do każdego wagonu załadowano tylu internowanych ilu zmieściło się na stojąco, jeden obok drugiego, jak przysłowiowe śledzie w beczce. Noc upłynęła jako tako, każdy starał się chociaż kucnąć, a jak to było możliwe, to nawet na stojąco, chociaż chwilę się zdrzemnąć. Dzień wstał upalny, co bardzo przykro odczuliśmy w szczelnie pozamykanych wagonach. Nieznośny gorąc, brak wody, okropny zaduch panujący w wagonach bardzo dały nam się we znaki. Drugiego dnia dołączył do tego wszystkiego głód, gdyż porcje otrzymane od Litwinów na drogę dawno się skończyły. Nawet w czasie postojów pociągu nie wolno było wysiadać, nie pozwalały na to zamknięte drzwi i sowiecki konwój. Gdy pociąg się zatrzymywał Sowieci sprawdzali czy wszystko jest w porządku uderzeniem drąga w ścianę wagonu. Sam byłem świadkiem jak niebezpiecznym było wychylenie nosa poza wagon. Jeden z kolegów wystawił dekiel od menażki przez kraty okienka, chcąc złapać chociaż kilka kropel deszczu żeby ugasić dojmujące pragnienie. W tym momencie żołnierz sowiecki jadący na dachu wagonu uderzył go bagnetem wytrącając menażkę i raniąc rękę. Fakt ten świadczy o szczególnej ‘trosce’ jaką byliśmy otoczeni. Początkowo pociąg jechał przez ziemie polskie. Kto stał bliżej okienka odczytywał nazwy niektórych miast i wsi. Kiedy mijaliśmy grupy ludzi, staraliśmy się dać im znać kto jedzie w bydlęcych wagonach wykrzykując swoje nazwiska, łudząc się, że może ktoś je usłyszy. Upłynęły jeszcze dwie noce i jeden koszmarny dzień – cały czas na stojąco, w ścisku, smrodzie i upale. Potrzeby fizjologiczne staraliśmy się załatwiać przez szparę w drzwiach, a dłonie mieliśmy zmacerowane od potu jak po praniu. Następny dzień – 15 lipca – był ostatnim dniem strasznej podróży. Około godziny 16:00 pociąg zatrzymał się, otwarto drzwi wszystkich wagonów i wypuszczono zmaltretowanych podróżników. Miasto nosiło nazwę Kozielsk. Odprowadzono nas na plac odległy około 300 metrów od stacji kolejowej. Tam otrzymaliśmy po kawałku chleba i wodę do zaspokojenia pragnienia. Po około dwóch godzinach odpoczynku, które przeleżeliśmy na ziemi, Sowieci ustawili wszystkich piątkami i rozpoczął się przeszło dwugodzinny marsz do obozu w Kozielsku. Mijaliśmy Rosjan, którzy widząc zmaltretowanych ludzi otoczonych kordonem strażników, spoglądali na nas z litością, a jedna kobieta powiedziała głośno - Nałapali Polaczków i ich męczą. Na co jeden z żołnierzy pogroził jej mówiąc - Ja ci tu pokażę! Obóz w Kozielsku był to cały kompleks monastyrów i budynków administracyjnych opasanych murem wysokim na sześć metrów, kilkakrotnie oplecionym na szczycie drutem kolczastym. Przed wojną obiekt ten był klasztorem prawosławnym, pięknie usytuowanym na wzgórzu, z trzech stron otoczonym lasem. Pełnił mniej więcej taką rolę jak nasz klasztor Jasnogórski, ale Stalin zamienił go na obóz jeniecki. Zapadał już zmrok kiedy dotarliśmy do lasku w pobliżu obozu. W lasku znajdował się drewniany barak, gdzie część naszych znalazła nocleg, a reszta poukładała się pod gołym niebem. Sowieci otoczyli nas kordonem pozwalając na sen. O świcie popędzono nas w stronę obozu. Przechodziliśmy wszyscy przez bramę, potem po kilku przez pomieszczenia, w których Sowieci dokonywali rewizji osobistej. Konfiskacie ulegały między innymi brzytwy, żyletki, zegarki, pierścionki. Po przejściu przez kontrolę następowało zakwaterowanie w monastyrach. Największy z monastyrów był olbrzymi, można porównać go z naszym kościołem Mariackim. Oniemiałem kiedy przekroczyłem próg świątyni. W jej wnętrzu wznosiły się same prycze – sześciokondygnacyjne, co najmniej na dwa tysiące ludzi. Prycze – gołe wąskie deski – były budowane tak, że ledwo można było się na nie wcisnąć. Nie dało się na nich usiąść, nadawały się tylko do leżenia. Oprócz tej wielkiej świątyni w skład kompleksu wchodziły jeszcze trzy mniejsze, podobnie umeblowane monastyry, kilka budynków mieszkalnych dla funkcjonariuszy NKWD i obsługi obozu oraz zaplecze gospodarcze. Obok budynku mieszkalnego znajdował się pomnik z popiersiem Stalina. Do obozu było tylko jedno wejście, duża brama, a z małej furtki po przeciwnej stronie mogła korzystać jedynie obsługa obozu. Obydwaj z Olkiem zostaliśmy ‘zakwaterowani’ w jednym z mniejszych monastyrów. Pierwszym pożywieniem otrzymanym w obozie był czarny, czerstwy chleb i 'kipiatok' – była to wrząca woda, którą można było zawsze nalać z odpowiedniego kranu. Wrzucało się do niego trochę ususzonych i sprasowanych liści i łodyg maku, co stanowiło namiastkę herbaty. Po kilku dniach każdy z jeńców zaczął otrzymywać około 10 deko cukru na dziesięć dni. Ale porcje te najczęściej były zaniżane, bo Sowieci, którzy rozdzielali żywność zawsze trochę jej kradli. Wyżywienie w obozie było ‘bardzo urozmaicone’. Menu, to znaczy zupa, którą dostawaliśmy raz dziennie, zmieniała się raz na kwartał. Pierwszy kwartał - zupa z kaszy jaglanej, drugi - z owsianki, trzeci - kapuśniak z ziemniakami, a w czwartym zupa z kaszy jęczmiennej. Były to zupy tylko z nazwy, gdyż zazwyczaj stanowiła je mętna woda, w której pływało parę ziaren kaszy. Kapuśniak to woda z kapustą, na której wiadro trafiał się jeden lub dwa ziemniaki. Wiadro zupy przypadało na dziesięć osób, więc trzeba było losować kto dostanie ziemniaka. Polacy mają głowy nie od parady i zaraz wymyślili sposób jak się sprawiedliwie dzielić. Każdy miał patyk i starał się wbić go w ziemniaka, kto miał szczęście i trafił ten zjadał ‘upolowany’ łup. Muszę tu jeszcze dodać, że czasami zupy były gotowane na odpadach z mięsa wołowego – łeb, flaki, nogi, rogi – więc zdarzało się, wyłowić centymetr kwadratowy mięsa z wiadra zupy. Na co dzień zupy były kraszone tak starą i zjełczałą margaryną, że kiedy ją topiono okropny smród przenikał cały teren obozu. Na drugie danie była łyżka kaszy, ale tylko wtedy gdy była zupa z kaszą. Obiad jadało się z menażki otrzymanej jeszcze na Litwie. Wszyscy otrzymaliśmy drewniane łyżki, ale tak słabe, że zaraz się łamały. I tak były one zbędne, bo zupa była tak rzadka, że piliśmy ją wprost z menażki. Wiemy już jak wyglądał obiad w Kozielsku, wspomnę jeszcze o pozostałych posiłkach. Rano dostawaliśmy tak zwaną ‘pajkę’ chleba czarnego, wagowo odpowiednik mniej więcej naszego czarnego grahama, którą trzeba było podzielić na trzy osoby. Do tego był jeszcze kipiatok. To było śniadanie i kolacja. Dzielić trzeba było sprawiedliwie. A więc patyk, sznurek, deseczki i już była waga, Polaków obowiązywała wzajemna uczciwość. W czasie prawie rocznego pobytu w Kozielsku otrzymaliśmy dwa lub trzy razy po jednym śledziu i raz solone rybki wielkości zapałki. Po pewnym czasie na terenie obozu Sowieci otwarli sklepik, w którym można było kupić zeszyt, ołówek oraz marmoladę. Ołówek wystarczał na napisanie jednej strony – tak był łamliwy. Kto miał jakiego rubla z handlu z Sowietami mógł sobie kupić coś z tych skarbów. Ale szczęście trwało krótko, po niespełna dwóch miesiącach sklepik został zlikwidowany. Wróćmy jednak do początkowych dni pobytu w obozie. Pierwsza noc wywarła na mnie tak niezatarte wrażenie, że jeszcze do dziś jak ją wspominam otrząsam się z obrzydzeniem. Z ciężkiego, twardego snu obudziłem się nagle w środku nocy z jakimś dziwnym uczuciem. Słychać było oddechy śpiących ludzi, ale wśród tych dźwięków wibrował jeszcze jakiś nietypowy, cichutki szmer. Wsłuchiwałem się w ten odgłos nie mogąc go zidentyfikować. Nagle poczułem ukąszenie w nogę, potem w rękę i jeszcze w szyję. Próbowałem przesunąć się w bok na tyle, na ile pozwalała wąska prycza i znów poczułem ukąszenie. Czyżby pchły? Przed następnym atakiem obroniłem się uderzając dłonią, widocznie za mocno, bo poczułem specyficzną, obrzydliwą woń. - Pluskwy – pomyślałem z przerażeniem i już do rana, mimo wielkiego zmęczenia, nie zmrużyłem oka. Rano podzieliłem się z Olkiem tą niemiłą nowiną. - Musimy coś wymyślić – powiedział Olek – nie wytrzymamy tego na dłuższą metę. I wymyśliliśmy. Przy wejściu do monastyru był obniżony sufit na długości około trzech metrów. Oznaczało to, że tam u góry jest jakieś dodatkowe pomieszczenie. Po dokładnych oględzinach doszliśmy do wniosku, że musiał tam być magazyn do przechowywania zboża ofiarowanego zapewne przez wiernych duchownym. Do magazynu prowadziły kręte schodki – nie było tam nic oprócz podłogi, w której szparach można było jeszcze znaleźć ziarenka zboża. Przenieśliśmy się tam zaraz i przetrwaliśmy do jesiennych chłodów. Nie było tam pluskiew, ale za to zdarzały się szczury. Pewnej nocy obudziłem się nagle, księżyc świecił jasno, w jego świetle ujrzałem wielkiego szczura na mojej piersi. Siedział na dwóch łapach i bacznie mi się przyglądał. Poruszyłem się i szczur uskoczył w bok nawołując piskiem swoje dzieci. Jeszcze kilkakrotnie nawiedzały nas te niezbyt miłe stworzenia. Jednego nawet udało mi się zabić rzuconym butem i nie pozbawiłem się przyjemności spuszczenia go na głowę (przez małe okienko) przechodzącemu enkawudziście. Tak więc my dwaj zdołaliśmy się uwolnić od plagi pluskiew, ale co mogli zrobić inni? Poświęcali nawet swoje przydziały chleba i zalepiali nimi dziury w okrąglakach, z których zrobione były prycze. Ale to na niewiele się zdało. W każdą noc wychodziły ze szpar setki, tysiące, ba! miliony pluskiew, które kąsały zawzięcie i tak już wycieńczone polskie ciała. Po dwóch lub trzech tygodniach otrzymaliśmy trochę słomy i po prześcieradle, ale dalej sypialiśmy w tym, w czym chodziliśmy, więc nic dziwnego, że w niedługim czasie pojawiły się wszy. Wszyscy mięli więc dodatkowe zajęcie – w nocy tępili pluskwy, a w dzień wszy. W tym czasie pracowałem w stolarni, gdzie zauważyłem stojącą na oknie butelkę z pokostem. Wysmarowałem nim koszulę i tak pozbyłem się wszy. Wprawdzie koszula stała na baczność, ale nie gryzła. Niepodobna tu jeszcze nie wspomnieć o ustronnym miejscu, gdzie nawet – jak mówi polskie porzekadło – sam król chadza piechotą. Miejsce to znajdowało się na uboczu, było długie na około piętnaście, a szerokie na sześć metrów. Na zewnątrz obite deskami z jednym tylko wejściem. Jak wyglądało w środku lepiej przemilczeć. Panował tam ustawiczny ruch, gdyż na terenie obozu była woda prosto ze źródła, podobno kiedyś uznawana za wiernych za leczniczą, niesłychanie moczopędna. Po wypiciu tej ‘cudownej’ wody trzeba było na wyścigi pędzić do latryny, a skutki bywały różne. Życie w obozie upływało monotonnie. Pracy było niewiele. Jeńcy na zmianę wykonywali różne codzienne czynności jak rąbanie drzewa na opał do kuchni, sprzątanie, czy na przykład przynoszenie kapusty na zupę. To była już atrakcja, bo wychodziło się po nią poza teren obozu. Kilkunastu więźniów szło z wiadrami, a pilnował ich tylko jeden enkawudzista, ale za to z karabinem. Poza obozem w odległości około trzystu, czterystu metrów były olbrzymie, drewniane kadzie z kiszoną kapustą. Do takiej kadzi przystawiano drabinę i wchodziło się w specjalnych, gumowych butach sięgających powyżej kolan. Główki kapusty pokrojone na cztery części wybierało się widłami i podawało ludziom czekającym z wiadrami. Aby urozmaicić sobie życie obozowe każdy kto miał tylko trochę pomysłowości i zdolności zaraz coś kombinował i dłubał – czy to w drewnie, czy w marmurze. Schody prowadzące do dawanego ośrodka sakralnego zrobione były z marmuru, który teraz kruszył się i rozpadał. Z tych okruchów nasi zaraz wyrzeźbili szachy i już można było urządzać turnieje. Komu udało się przeszwarcować żyletkę robił sobie do niej oprawkę z drewna i miał gotową brzytwę. Inni zrobili znów karty, toczyły się więc turnieje karciane. Potworzyły się różne kółka zainteresowań, dokształcania, nauki języków obcych. Jak mogliśmy i umieliśmy tak zapełnialiśmy sobie każdy dzień. Jeden z oficerów NKWD widząc poczynania Polaków powiedział - Gdyby was, Polaczków nie pilnować to niedługo wylecielibyście stąd samolotem. Widać docenił zdolności i talenty naszych chłopców. Wróćmy jednak jeszcze raz do pierwszych dni naszego pobytu w Kozielsku. Zaraz po przybyciu do obozu odbyło się zebranie wszystkich w największym monastyrze. Tam przemówił do zebranych jeden z naszych oficerów w stopniu kapitana. Najpierw podziękował Sowietom za gościnę i odczytał regulamin obowiązujący w obozie. Zrobił to oczywiście na polecenie władz NKWD. Jak wyglądała gościna wiemy już z poprzednich stron opowiadania. Kozielsk był zasadniczo obozem śledczym. Świadczą o tym następujące fakty – po upływie około dwóch miesięcy każdy dostał zezwolenie na wysłanie trzech listów do rodzin do Polski. Ja, tak jak i z Wiłkowiszek, wysłałem trzy kartki – do matki, do Zygmunta do Legionowa i do znajomej z Horodzieja – Jadwigi. Jednak odpowiedź przyszła tylko od tej ostatniej. Zostałem wezwany przez funkcjonariusza NKWD, który pokazał mi kopertę z listem i schował ją do szuflady. Wywiązała się między nami dyskusja, która skończyła się niemal kłótnią. Enkawudzista zarzucił mi, że jestem polskim patriotą i wyrzucił mnie za drzwi. Od tego czasu NKWD często wpadało do pomieszczenia, w którym mieszkałem, kontrolując co w danej chwili robię ja i moi koledzy. Niewielu jeńców dostało odpowiedź na swoją korespondencję, a jeśli to tylko z terenów zajętych przez Sowietów. Niektórzy otrzymali paczki żywnościowe, na przykład ze słoniną, którą oczywiście dzielili się z kolegami. Przebywając dłuższy czas w obozie znajdowaliśmy nieraz karteczki poutykane głęboko w szparach między deskami pryczy. Karteczki te zawierały korespondencje więźniów przebywających przed nami w obozie. Treścią tych liścików były prośby do znalazców o zawiadomienie rodzin, że ‘taki a taki’ przebywał tu w ‘takim a takim’ okresie. Widniały pod tym podpisy i rangi – wyłącznie oficerskie. Na innych karteczkach były hasa patriotyczne oraz ostrzeżenia dla nowych jeńców. W jednym z budynków gospodarczych znaleźliśmy kilka takich karteczek, zapewne było ich więcej, ale trudno to było sprawdzić przy kilku tysiącach ludzi. Pod koniec pobytu w Kozielsku rozeszła się po całym obozie wiadomość, która wszystkich zelektryzowała. Otóż ktoś zauważył na odwrotnej stronie deseczki z napisem ‘kipiatok’ (przy kranie z gorącą wodą) kilka słów napisanych atramentowym ołówkiem. Dokładnie brzmiały one tak: Ostatnia grupa osiemnastu wyjechała w nieznane w dniu 19 czerwca 1940. Zastanawialiśmy się dlaczego dopiero po kilku miesiącach zauważono ten napis. Ujrzała ona dopiero światło dzienne dopiero gdy ktoś przez przypadek odwrócił deseczkę. Wtedy jeszcze nikt z nas nie zdawał sobie sprawy dokąd zostali wywiezieni oficerowie z obozu Kozielsk. Dopiero po latach dowiedzieliśmy się prawdy. ‘Nieznane’ to był Katyń, ostatni etap podróży polskich oficerów. Bywały w obozie różne wydarzenia, tragiczne, jak i tragikomiczne. Do tragicznych należy śmierć oficera, którego pogrzebali poza terenem obozu jego najbliżsi przyjaciele. Niedługo po tym powiesił się polski sołtys, który nie wytrzymał nerwowo życia obozowego. Chcieliśmy pogrzebać go koło oficera. Jakież było nasze przerażenie gdy ujrzeliśmy wykopane, odarte z ubrania ciało naszego niedawno pochowanego towarzysza. Wśród nas był jeden generał, nazywał się Tyszkiewicz, spokojny miły człowiek. Na co dzień parał się stolarką. Sowieci udostępnili mu warsztat i narzędzia. Jednak po czterech, czy pięciu miesiącach został zabrany przez NKWD i od tej poty słuch po nim zaginął. Jeden z jeńców-polaków nawiązał przyjacielski kontakt ze sprzedawczynią ze sklepiku, która była siostrą politruka (funkcjonariusza obozu). Sowieci wywąchali tę przyjaźń i ukarali Polaka karcerem. Była to studzienka do której stale dopływała woda. Wsadzono delikwenta do owej studzienki, przywiązano, aby nie mógł wyjść i przez dwadzieścia cztery godziny musiał nieustannie wybierać wodę, aby się nie utopić. Dobrze, że było to jeszcze pod koniec lata, bo na pewno adorator ruskiej panny nie wytrzymałby takiej katuszy. W jesieni przyjechali do obozu kołchoźnicy z transportem ziemniaków. W tym akurat czasie wszyscy dostaliśmy śledzie. Każdy z nas go zjadł, a ości i głowy wrzuciliśmy do beczek. Kiedy jeden z kołchoźników zauważył te odpadki rozpiął koszulę i zaczął garściami wpychać je za pazuchę. My widząc to zaczęliśmy się głośno śmiać. Śmiech usłyszał enkawudzista, który przyszedł i wyrzucił kołchoźnika poza bramy obozu. W obozie kozielskim było dwóch lekarzy, jeden Polak a drugi Sowiet i pielęgniarka – również Rosjanka. Na wszystkie dolegliwości był tylko jeden lek – aspiryna. Najlepszym lekarstwem był jednak głód. Leczono nim wiele chorób – wrzody żołądka, hemoroidy i tak dalej. Czas szybko upływał, zbliżała się zima. W końcu listopada chwyciły mrozy. Temperatura wahała się od minus piętnastu do minus dwudziestu siedmiu stopni Celsjusza. Każdy ubierał na siebie wszystko co miał, aby choć trochę się zagrzać. Marne jedzenie też nie dawało potrzebnych kalorii na ogrzanie organizmu w tak potworny chłód. Nadchodziły święta Bożego Narodzenia. Postanowiliśmy przez kilka dni poprzedzających je odkładać kaszę żeby w Wigilię i późniejsze dni zjeść trochę więcej, by choć przez dwa lub trzy dni mniej odczuwać głód. Wprowadziliśmy swój zamiar w życie, ale Sowieci jakoś wywąchali świąteczne zapasy, zrobili rewizję i wszystko zabrali mówiąc - 'Nie lzja djełat’ zapasów. Tak więc Boże Narodzenie minęło nie tylko w chłodzie, ale i w głodzie. Nie jednemu z nas łzy przesłoniły oczy gdy ukazały się przed nami sceny z poprzednich lat świąt spędzanych w domu w gronie rodzinnym, w cieple i przy suto zastawionym stole. Jednakże mimo wszystko polskiej tradycji stało się zadość i cały obóz rozbrzmiewał kolędami, wszyscy składaliśmy sobie życzenia, a co było ich treścią nie trzeba chyba pisać. Nadeszła wiosna. Życie w obozie do piętnastego maja 1941 roku toczyło się normalnym trybem. Wtedy Sowieci kazali się nam przygotować do wyjazdu. Gdy ustawiliśmy się piątkami, w eskorcie NKWD, drogą przez las ruszyliśmy w stronę pociągu. Właśnie w tym lesie czekał na nas długi skład i szesnastego maja o godzinie 06.00 pociąg ruszył w niewiadomym kierunku. Tym razem jazda w pociągu była niemal komfortowa w porównaniu z jazdą z Litwy. W wagonie była konstrukcja z desek służąca jako prycze, jechało się więc na leżąco. W każdym wagonie mieściło się około dwudziestu czterech osób. Na środku stał żelazny piecyk, a obok niego wiadro z węglem i drewnem. Można było zapalić i zagrzać sobie wodę, która również stała w wiadrze obok pieca. Umeblowania wagonu dopełniał jeszcze tak zwany ‘kibel’. Wagon posiadał dwa okienka u góry zabezpieczone żelazną kratą, więc czasem wyglądaliśmy chcąc zorientować się dokąd jedziemy. To co zobaczyliśmy nie mogło jednak napawać optymizmem. Wzdłuż niemal całej trasy podróży widać było obozy otoczone drutami z wieżami kontrolnymi, na których wahtowali sowieccy żołnierze. ROZDZIAŁ III (Murmańsk) Po sześciu dniach takiej podróży pociąg zatrzymał się, wagony otwarto i wypuszczono nas. Był wieczór dwudziestego pierwszego maja 1940 roku. Miasto nosiło nazwę Murmańsk. Wyładowano nas w porcie i stąd nastąpił wymarsz do obozu odległego o osiem kilometrów. Marsz nie był zbyt przyjemny, bo temperatura wynosiła minus siedemnaście stopni. Wszędzie jak okiem sięgnąć leżał śnieg. Ponurą scenerię dopełniały obozy, które ciągnęły się w nieskończoność po obu stronach naszej trasy. Po kilkugodzinnym marszu dotarliśmy zmęczeni do obozu przeznaczonego dla nas. Składał się on z kilkunastu piętnastometrowych baraków skleconych z desek i nakrytych plandekami. Przez środek każdego baraku prowadziło dwu i pół metrowe przejście, a po obu stronach przez całą długość były pochyło ułożone deski przeznaczone do spania. Na środku baraku stał żelazny piecyk, a obok węgiel i drewno. Ułożyliśmy się pokotem na deskach, ściśle jeden obok drugiego, w ubraniu i butach, aby chociaż trochę się ogrzać po wyczerpującym marszu. Wszyscy leżeliśmy na jednym boku, aby zajmować jak najmniej miejsca. Jeśli ktoś musiał wyjść za potrzebą trudno mu było wcisnąć się na poprzednie miejsce, tak było ciasno. W nocy przewracaliśmy się na komendę, pojedyncza osoba nie była w stanie tego zrobić, wszyscy przekręcaliśmy się jednocześnie. Rano ruscy żołnierze wyrzucali nas wszystkich z baraku żeby się przewietrzyć. Inna rzecz, że po takiej nocy powietrze w baraku nie należało do świeżego. Takie wietrzenie odbywało się codziennie, bez względu na pogodę. Często przemarzaliśmy do szpiku kości, moczył nas śnieg lub deszcz. Codziennie rano dostawaliśmy kawałek czarnego chleba, który musiał wystarczyć na śniadanie i kolację oraz namiastkę herbaty ze sprasowanych liści i łodyg malin zalanych wrzątkiem. W południe była zupa, czyli parę ziaren kaszy pływających w wodzie, a wieczorem, kto nie zjadł wszystkiego chleba rano mógł zjeść resztę i popić kipiatokiem. Ogarniała nas coraz większa apatia i beznadzieja. Nie mięliśmy żadnych wiadomości, ani nawet przypuszczeń jaki będzie nasz dalszy los. Wyrazem depresji jaka ogarniała nas wszystkich była nazwa jaką nadaliśmy obozowi w Murmańsku – Dolina Płaczu. Niepewność jutra, tęsknota za najbliższymi, nieludzkie warunki w jakich musieliśmy żyć wycisnęły niejedną łzę. Każdy z nas spał w tym co miał na sobie, w ubraniu, płaszczu i butach. O myciu się nie było mowy, chyba że nabrało się do menażki śniegu, stopiło na piecyku i omazało twarz i ręce, ale nie każdemu przychodziło to do głowy. Jak było trochę cieplej można było nawet w ten sposób opłukać sobie koszulę. Dobrze, że chociaż był piecyk i było czym w nim palić, żeby choć trochę się ogrzać. W każdym baraku był grupowy – porządkowy, wyznaczany przez Sowietów, który był odpowiedzialny za porządek. Najbardziej doskwierała wszystkim bezczynność. Starali się grać w karty, domino lub loteryjki żeby zabić wlokący się beznadziejnie czas. Pewnego cieplejszego dnia postanowiłem rozglądnąć się trochę po terenie obozu. Doszedłem do końca drutów kolczastych, które oddzielały nasz obóz od następnego. Z tamtej strony drutów zobaczyłem stworzenie dość jeszcze młode, ale niezbyt podobne do człowieka. Był to osobnik straszliwie brudny, zarośnięty, z długą zmierzwioną brodą i skudlonymi włosami. Ubrany był w brudny waciak i takież spodnie. Nogi miał poowijane szmatami, a zamiast butów kawałki opon samochodowych przywiązanych drutami do stóp. Całość uzupełniało blaszane pudełko przywiązane sznurkiem do imitacji paska, ledwie suwał nogami, ale podszedł do drutów i poprosił mnie o chleb. Potrząsnąłem przecząco głową, bo nie miałem nic do jedzenia i zatrzymałem wzrok na rękach człowieka zza drutów. Przeraziłem się widząc ręce opuchnięte jak buły, czarne, nigdy chyba nie myte, ze skórą posiekaną jak kotlet mielony. Cuchnął tak straszne, że odruchowo cofnąłem się o krok. Człowiek, niewiele podobny do człowieka rozpoczął jednak rozmowę pytając - Ili wy lijotczyk ili karmanszczik? Ja nie znałem jeszcze na tyle rosyjskiego, aby zrozumieć o co ten nieszczęśliwiec pyta, ale nie chcąc przedłużać rozmowy odpowiedziałem na chybił trafił ‘lijotczyk’, myśląc, że to może coś związanego z lotnictwem. Człowiek zza drutów nie dawał jednak za wygraną i znowu spytał - Majetie wy zakurku? (czy masz coś do palenia?) - Ja nie kuraszczyj. (ja nie palę) – odpowiedziałem. Na co oczy człowieka wyraźnie posmutniały, a mnie zrobiło się przykro, więc zapytałem go - A za co ty siedzisz w obozie? - Za kradzież – brzmiała odpowiedź – już szesnaście lat. Po powrocie do baraku zapytałem kolegę, który znał język rosyjski co znaczą słowa ‘lijotczyk’ i ‘karmanszczyk’. - ‘Lijotczyk’ to złodziej lotny, a ‘karmanszczyk’ to kieszonkowiec – objaśnił kolega. - No to ładną opinię sobie wystawiłem – pomyślałem, a człowiek zza drutów stanął mi wyraźnie przed oczami. Jeszcze dziś, po blisko pięćdziesięciu latach od tamtych wydarzeń, widzę tego człowieka – jakby to było wczoraj i czuję bijący od niego fetor. Wspominam o tym żeby udokumentować jak Sowieci potrafili upodlić człowieka, zamienić go niemalże w zwierzę. Po kilkunastu dniach, dokładnie trzeciego czerwca 1941 roku około godziny piętnastej zostaliśmy ustawieni piątkami i zarządzono wymarsz w kierunku Murmańska. Tym razem prowadzono nas inną drogą w kierunku portu. Po kilku godzinach marszu w kolumnie jeńców otoczonej uzbrojonymi Sowietami dotarliśmy do ‘nowego’ obozu nad zatoką Murmańską. Obóz ten nazwaliśmy śmietnikiem gdyż był tak brudny i zaśmiecony, że musieliśmy natychmiast zabrać się do sprzątania, bo w takich warunkach nie można było tam przebywać. Na szczęście pobyt w śmietniku trwał tylko dwa dni. Piątego czerwca o godzinie dwunastej załadowano nas wszystkich na okręt, który wypłynął z zatoki Murmańskiej na Ocean Lodowaty (chodzi prawdopodobnie o Morze Barentsa) i popłynął w kierunku wschodnim. Okręt sowiecki była to prymitywna, stara, dobrze wyeksploatowana łajba. Boki miała wklęśnięte, z zewnątrz obita blachą, a wewnątrz deskami i szynami kolejowymi. Cały kadłub okrętu wypełniony był czteropiętrowymi pryczami. Podróż trwała kilka dni. Była bardzo nieprzyjemna gdyż od bieguna wiał lodowaty wiatr, a kry napierały na okręt trąc z trzaskiem o jego boki. Łajba trzeszczała, podskakiwała, przechylała się na boki, ale uparcie, choć powoli parła na przód. Większość z nas chorowała na chorobę morską, niektórzy mięli dreszcze i temperaturę. Do tego jeszcze marne wyżywienie – zupa i kawałek chleba osłabiły nas krańcowo. Wreszcie czternastego czerwca okręt dobił do zatoki na rzece Ponoj. ROZDZIAŁ IV (Półwysep Kolski) Rzeka Ponoj przepływa przez półwysep Kolski i wpada do morza Białego już za kołem polarnym. Po wpłynięciu do zatoki zaczął się rozładunek okrętu, bo oprócz jeńców przywiózł on również żywność. W czasie transportu towarów popękało kilka worków z cukrem, to też niektórym z nas udało się złapać po garści dawno nie kosztowanego przysmaku. Następnie kazano nam opuścić statek i kolumną pod strażą ruszyliśmy w głąb lądu. Teren był mocno pofałdowany. Pagórki wznosiły się na wysokość około stu metrów, a ich stroma zbocza spadały w stronę rzeki. Między fałdami w głębokich parowach stale leżał śnieg. Droga do obozu była bardzo uciążliwa gdyż byliśmy wymęczeni głodem, chorobami, zimnem i długą podróżą okrętem. Co krok czekała na nas nowa niespodzianka; raz nogi grzęzły w rozmiękłej glinie, raz zapadały się w kałuże, albo w śnieg, potem parę kroków po suchym terenie i piasku i tak w kółko. Po kilkugodzinnym marszu dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Obóz składał się z kilkunastu długich baraków podobnie jak poprzednio skleconych z drewna i nakrytych plandekami. Otoczony był również drutem kolczastym. Wewnątrz baraku nie było prycz tylko legowiska z trawy i mchu, wśród których walały się różne stare rupiecie i szmaty, widoczna pozostałość po poprzednich mieszkańcach. Wyczerpani ułożyliśmy się pokotem bardzo ciasno obok siebie, ażeby miejsca starczyło dla wszystkich. Wyżywienie w obozie nie różniło się od wiktu w poprzednich łagrach. Okres, który spędziliśmy na półwyspie Kolskim przypadł na lato polarne. Słońce nie zachodziło wcale, tylko wieczorem zniżało się na wysokość około pół metra nad horyzont. Temperatura była różna. Jeżeli dzień był pogodny było względnie ciepło, nawet śnieg topił się na wzniesieniach. W dni pochmurne i deszczowe chłód dawał się nam mocno we znaki. W miejscach gdzie dochodziły promienie słoneczne rosły karłowate sosenki, brzozy z listkami wielkości paznokcia, mchy porosty i trawa. Gdzie nie gdzie można było spotkać niewielkie krzaczki podobne do naszych czarnych jagód, których owoce miały cierpki smak. Krzewinki te w jednym roku wyrastały i zakwitały, a dopiero w drugim owocowały i jednocześnie kwitły, żeby zaowocować w następnym roku. Musiały zdążyć przez dwa miesiące polarnego lata. Ciekawie rosły również sosenki i brzózki Jedne i drugie były raczej karłowate, a korzenie ich płożyły się poziomo na niewielkiej głębokości pod ziemią ze względu na kilkunastocentymetrową warstwę gleby, która zdążyła odmarznąć w ciągu krótkiego lata. Sosenka o przekroju pnia około ośmiu centymetrów miała wewnątrz blisko dwieście słojów, czyli liczyła sobie już mniej więcej tyle lat. Aby poprawić sobie choć trochę legowiska usytuowane wprost na ziemi narwaliśmy trawę, bo przez kilka pierwszych dni nie byliśmy zatrudniani do żadnej pracy. Można było nawet trochę się powałęsać i pooglądać nie tylko teren obozu, ale i sięgnąć okiem dalej, nawet na drugi brzeg rzeki. Wyszedłem również, jak i wielu innych i obserwowałem okolicę. Widziałem rozległe pastwiska pokryte trawą i wielkie stada pasących się reniferów. Wokół tych stad uwijali się ludzie na koniach strzelając w powietrze na postrach, aby zwierzęta nie rozpierzchły się. Innym razem widziałem zaprzęg. Przypominał coś w rodzaju małych saneczek na szerokich płozach ciągnięte po trawie przez dwa renifery. Widać było, że kierowała nim wprawna ręka. - Zupełnie jak w bajkach Andersena – pomyślałem – szkoda tylko, że oglądam to wszystko w takich okolicznościach. Po kilku dniach otrzymaliśmy od Sowietów umundurowanie w postaci watowanych spodni i dwóch kurtek, jedną krótszą, a drugą długą i buty na gumie. Tak ubrani wymaszerowaliśmy do drugiego obozu odległego o cztery-pięć kilometrów i tu zaczęła się praca. Rzeka Ponoj okazała się rzeką spławną. Spławiano nią duże drzewa, około dziesięciometrowe sosny ścinane wysoko w górach. Zadaniem jeńców było łapanie płynących drzew, wyciąganie ich na brzeg, a potem budowanie z nich nowych baraków. Ułatwiliśmy sobie to zadanie w ten sposób, że kilku z nas łapało w liny lub łańcuchy drzewo w dole, a kilkunastu wciągało je na stromy brzeg. Po wyciągnięciu odpowiedniej ilości drzewa wybudowaliśmy z niego kilkanaście baraków, podobnych do tych, które już składały się na obóz. Po ukończeniu tej pracy zostaliśmy skierowani do budowania drogi, prowadzącej od obozu w górę rzeki. Każdy otrzymał łopatę jako niezbędny rekwizyt. Ustawiono nas szeregiem na przestrzeni co najmniej kilometra, gdzie kopaliśmy rowki i układaliśmy nawierzchnię z kamienia. Co pięćdziesiąt metrów stał nadzorujący naszą pracę Sowiet z karabinem. Mniej więcej co dwie godziny ogłaszał on ‘zakurkę’, to znaczy przerwę na papierosa. Wtedy na przestrzeni całej budowanej drogi rzucano łopaty i jeńcy oddawali się przyjemności wypalenia podłej machorki w gazetowym papierze. Gdy zauważyłem jaką przyjemnością jest dla wielu współtowarzyszy ‘zakurka’ postanowiłem przedłużyć im chwilę rozkoszy – po niecałej godzinie zawołałem głośno ‘ZAKURKA!’ i z satysfakcją zauważyłem jak na całej długości drogi padają łopaty, a ludzie wyciągają zza pazuchy skręty. Po kilkudziesięciu minutach powtórzyłem znów tę samą operację. Wtedy podszedł do mnie Sowiet i zapytał - A paczemu ty nie kurisz? - Ja nie kuraszczyj – odrzekłem. Sowiet wybuchnął śmiechem, widocznie uznał to za dobry dowcip. Ośmielony powtórzyłem po niedługim czasie to samo zawołanie, ale wtedy Sowiet podszedł i odprowadził mnie na bok, około dwustu metrów od pracujących ludzi. Bałem się co mnie spotka, ale z opresji wybawił mnie ulewny deszcz. I tak rozmyła się sprawa zakurki i wszyscy wróciliśmy do obozu. Na drugi dzień też lało i było bardzo zimno. W czasie wymarszu do pracy wysunąłem się więc zgrabnie z szeregu, schowałem się za latryną i wróciłem do swojego baraku. Nie podobna nie wspomnieć tu jeszcze o kilku ważnych sprawach. Dostawaliśmy dziennie dwieście gramów czarnego chleba, który był wypiekany we wsi o nazwie Ponoj, znajdującej się po drugiej stronie rzeki. Chleb dowozili codziennie do obozu ludzie z tej wsi. Pewnego dnia z jednym z kolegów znających dobrze język rosyjski zaczęliśmy rozmowę z dostawcą chleba. Dowiedzieliśmy się od niego, że na całym półwyspie Kolskim na rozkaz Stalina zostali zlikwidowani wszyscy duchowni prawosławni. - I wy wszyscy też tu zginiecie – zakończył rozmowę. Może miałby i rację gdyby nie wypowiedzenie Sowietom wojny przez Hitlera. Wiadomość tę przyniósł sowiecki felczer, przekazał ją polskiemu lekarzowi a ten puścił ją w obieg, aby dotarła do wszystkich jeńców. Wśród Sowietów zapanował popłoch. Po paru dniach zostaliśmy wycofani z powrotem do wcześniejszego obozu i odebrano nam wydaną wcześniej odzież. Tu byliśmy przetrzymywani jeszcze ponad dwa tygodnie, nie pracując i czekając – nie wiadomo na co. Wreszcie dwunastego lipca rozdano nam wszystkim suchy prowiant w postaci czterech gotowanych kartofli w łupinach, puszkę fasoli, kawałeczek (około 5 dekagramów) szynki i kawałek chleba. Następnie zarządzono wymarsz do portu. Tu już czekał okręt i koło godziny szesnastej, po zapakowaniu wszystkich wypłynął na pełne morze. Nie mięliśmy pojęcia dokąd płyniemy, bo Sowieci nic nie mówili na ten temat. Jedno było pocieszające, że nie grozi nam już śmierć na półwyspie Kolskim. Podróż okrętem przedłużała się. Przez kilka dni widzieliśmy tylko wodę i niebo, a czasem drzewa pływające po morzu. Zaczął nam dokuczać głód. Prowiant dawno się skończył, niektórzy zjedli go zaraz w pierwszy dzień. Ludzie porozumieli się między sobą i wszyscy zgodnie zaczęliśmy skandować ‘my chcemy chleba!’, powtarzaliśmy to tak długo, aż Sowieci rzucili worek sucharów. Podzieliliśmy je między siebie sprawiedliwie przy pomocy wagi z patyka i sznurka opatentowanej już wcześniej. Ale to było tak niewiele dla tak wielu. Musieliśmy więc jeszcze niejeden raz w czasie pięciodniowej podróży powtórzyć swoje zachowanie, żeby jakoś przeżyć. W czasie podróży okrętem zdarzył się ciekawy incydent. W trzecim lub czwartym dniu wyszedł z ukrycia pod pokładem człowiek zarośnięty, brudny i bardzo głodny, odziany w resztki podartego waciaka. Prosił nas o chleb nie oddalając się jednak od miejsca, w którym był schowany przez całą podróż. Okazało się, że jest to Rosjanin, więzień jednego z obozów. W czasie jednego z transportów schował się pod odeskowaniem kadłubu statku i tak dopłynął aż do Archangielska. Dopiero siedemnastego lipca o godzinie dziewiątej okręt zawinął do portu Archangielsk na morzu Białym. Po przejściu na ląd poprowadzono nas do baraków stojących niedaleko brzegu morza. Tam otrzymaliśmy gorącą gęstą zupę, w której pływały kawałki szynki, kasza i do tego pół chleba. W obozie tym przebywaliśmy przez kilka dni. Byliśmy tu dobrze odżywiani zupą, chlebem i herbatą z cukrem, więc nareszcie nie cierpieliśmy głodu. Dwudziestego trzeciego lipca 1941 roku zostaliśmy zaprowadzeni na stację kolejową i zapakowani do wagonów towarowych. Teraz jazda była już niemal luksusowa. W każdym wagonie było tylko szesnaście osób. Co prawda na gołych deskach, ale można było wygodnie spać. W czasie podróży otrzymywaliśmy dwa razy dziennie herbatę z cukrem i chleb, a potrzeby fizjologiczne mogliśmy załatwiać na postojach. Po trzech dniach, 26 lipca o godzinie dwudziestej drugiej, pociąg zatrzymał się na bocznicy kolejowej za Włodzimierskiem. Noc spędziliśmy w wagonach a o szóstej rano następnego dnia nastąpił wymarsz. Dla chorych i słabych, którzy nie mogli iść o własnych siłach podstawiono dwa auta ciężarowe. Było to konieczne, gdyż jak się potem okazało dystans marszu wynosił czterdzieści kilometrów. Ja znalazłem się między wybranymi na ciężarówce, gdyż byłem chory i bardzo osłabiony. ROZDZIAŁ V (Suzdal) Część jeńców dotarła na miejsce popołudniu (ci których dowieziono), a reszta późnym wieczorem. Miasto nosiło nazwę Suzdal. Na jego skraju wznosiła się twierdza opasana grubym ceglanym murem o wysokości dwunastu metrów. Na jej terenie były budynki mieszkalne typu koszarowego, magazyny, piekarnia, łaźnia zwana banią, kuchnia, a nawet mała cerkiew. Twierdza zamykana była podwójną, ciężką, kutą, żelazną bramą. Oglądając twierdzę przypomniałem sobie, że w czasie wojen polsko-ruskich hetman Żółkiewski zdobył twierdzę Suzdal odległą około czterystu kilometrów od Moskwy. Stąd wiedziałem gdzie i jak daleko się znajduję. Pierwszą czynnością po rozlokowaniu w twierdzy było udanie się do bani pod prysznic. Wspólnie z kolegą mówiącym dobrze po rosyjsku i jeszcze czterema kolegami udało nam się objąć funkcję ‘bańszczyków’, to jest osób obsługujących łaźnię. Mięliśmy zajęcie, trzeba było rąbać drewno, palić w piecu, regulować wodę w kranach. W soboty przychodziły do bani żony enkawudzistów, którym robiliśmy czasem psikusy puszczając za gorącą bądź za zimną wodę. Kobiety piszczały, a my cieszyliśmy się jak z dobrego kawału. Tu trzeba nadmienić, że bańszczyk to był Ktoś na warunki obozowe. Z bańszczykiem liczyli się wszyscy, nawet kucharze dawali czasem repetę. Bańszczycy mięli własny pokój, spali na łóżkach, a nie jak reszta pokotem na podłodze. Pod koniec miesięcznego pobytu w Suzdalu Sowieci ogłosili zapisy do armii polskiej tworzącej się na terenie Związku Radzieckiego. Kto żył wstępował do wojska. Przy zapisie każdy otrzymywał pięćset rubli. Chętnych zapisywali polscy urzędnicy, według wykształcenia i umiejętności. Tu kończy się fabularna historia opowiedziana przez mojego ojca. Ciąg dalszy odtwarzam na podstawie jego „Dzienniczka” spisanego na odwrocie dokumentu internowania przez władze litewskie (Intrnuotojo Asmens Pazymejimas No 006073* z dnia 08.10.1939r) 29.07.1941 Wstąpienie do Armii Polskiej 04.09. godz. 17.30 - Wymarsz z Suzdalu do Włodzimierska 05.09. godz. 9.00 - Odjazd koleją (mleko 6 litr.) 08.09. godz. 9.15 - Przybycie do Tatiszczewa 10.09. Wstąpiłem do służby bezpieczeństwa 12.09. Pierwsza służba wartownicza z Olkiem 14.09 I msza święta polowa, odprawa podoficerów przez p. generała Borutę- Spiechowicza 15.09 godz. 19.00 Przybycie p. generała Andersa i jego mowa - fakt tworzenia się Armii Polskiej w ZSRR 22.09 Dwie karty od Loni (Lusi ?Zosi?) 21.10 Przeniesienie do 5 Plutonu Policji (Pol. Wojskowa) Nr 13pp 54/41 zweryfikowany 14.12 Przybycie do obozu w Tatiszczewie naczelnego wodza gen. Sikorskiego (samochód 10) 22-23. 12 Zostałem umundurowany w angielski płaszcz, bieliznę, hełm, buty i skarpetki 08.02. 1942 godz. 18.00 Wyjazd z Tatiszczewa ( 38 st C ) 13.01 Zaręczyny z Duśką w obecności ojca 20.01 Powrót z Idołgi, płacz Nataszy 21.02. godz. 13.00 Przybycie do Dżałał – Abad 14. i 17. 03. Składanie egzaminów do Szkoły Podchorążych 23.03. Wynik dodatni 27.03 Zameldowałem przydział do Szkoły Podchorążych 15.04 Przyznano st. kapral 04.05 -18.05 Izba chorych 31.05 Zakończenie Szkoły Podchorążych, egzaminu nie złożyłem, otrzymałem świadectwo szkoły podoficerskiej 02.06 Powrót do 5 Kompanii Żandarmerii 03.06 5 dni urlopu 06.06 Przeniesienie do Kara – Suu – Czarna – Woda 29.06 Powrót do Dżałał - Abad 30.06 Wyjazd koleją do Guzaru 03.07 Przybycie 2 km zand gdzie spotk. Lusi i jej matki …. ostatnie wiadom. jej przesł . 12.07 Spotkanie Lusi. Wrażenia ma miłe, lecz zazdrość czuje przykra 13.08 godz. 10.40 Wyjazd z Guzaru 16.08 Przybycie do Krasnowodska 18.08 Załadowanie na statek w Krasnowodsku 19.08 Wylądowanie w porcie Pahlevi (Iran) 11.09 Wyjazd z komp. Zbrojnej Rej. V 13.09 Wyjazd z Gazani 6.45 aut. 16.09 Przybycie do Khanekinu – obóz 09.11 Przeniesienie do 2- go szwadronu – etapy 07.12 Przeniesienie do szwadronu zapasów 08.12 Komisja lotnicza 6'/5 + 15 pilot 16.12 Przydzielony do stacji zbor. Lotników 04.02. 1943 Mowa pożegnalna Wodza Armii na Wschodzie gen. Andersa, defilada, wyjazd do Zatoki Perskiej. Basra 07.02. godz. 8.00 Wyjazd okrętem - palmy, wille, ciepły podmuch wiatru- Tygrysem; kontrast z niewolą 17.02. godz. 17.00 Przybycie do Bombaju 18.02. godz. 12.35 Wyjazd koleją do ob. Deslali . Indie 26.02. godz. 06.00 Wyjazd do Bombaju, załadowanie na okręt USA, godz. 13 odjazd 11.03. Przybycie do p. CAPE TOWN 13.03. godz. 8.00 Wyjazd, miłe wrażenia (zegarek i pierścionek kupiłem) 29.03. Przybycie do portu w Szkocji 30.03 Wyjazd pociągiem do Palegbulu (Blacpool) 11.04 Przyjęcie do RAF 24.04 Wstąpienie do Plutonu Żand. Lot. W Blacpool (służba przy armii) ? Przeniesienie do Newton na Posterunek 06 Przeniesiony zostałem do warsztatów RAF 13.11 Przydział do szkoły elektryków w Halton 01.03.1944 Melksham. Szkoła Elektryków Angielska 01.07 Koniec szkoły - 4 miejsce 05.07 SEALAND przydział 04.11 Operacja gruczołków Padgoga (migdałków podniebiennych) . 24.01. 1945 Egzamin na LAC zdałem, gut kondukt otrzymałem 26.06. 1946 Ukończyłem egzamin gimn(azjum) Mister(?) w Sealand 27.06 Śmierć matki 07.10 Nadanie Medalu Lotnictwa. Rozp. Dow. Sił Pow. nr 22/46 Lp.9477 30.09. 1946 01.11 Awans do stopnia plutonowego Rozp. Dow. Sił Pow. nr 29/46 z dn. 28.12.46 11.02.1947 POLSKA ZAPIS 18.02 Camp. SKIPTON 05.05. LONDYN . Personalia w Konsulacie 13.05 DUNHOLM. LODGE 23.05 Camp. 94 POLKONMET! 05.06 godz. 16.00 Odjazd z Anglii CLAN LAMONT 08.06 Powrót GDAŃSK

dyskutuj
comments powered by Disqus