other stories
January 1947

Moja historia - Marek Schwetz

Marek Schwetz

Nazywam się Marek Zygmunt Schwetz. Urodziłem się 3go stycznia 1935 roku we Lwowie, w szpitalu na Kulparkowie, a każdy Lwowianin wie co to znaczy jak ktoś jest z Kulparkowa! (tam był dom wariatów!) Moje życie normalne skończyło się jak wybuchła wojna a miałem wtedy 4 lata i 9 miesięcy, więc pamięć moja o Kresach jest pamięcią 4 letniego dziecka a to co wiem o naszej rodzinie znam tylko z opowiadań mojej Mamy. Niestety nie słuchałem zbyt pilnie i nie wypytywałem się, a najbardziej żałuję że nie porobiłem jakichś notatek – a teraz już jest za późno. (...) W roku 1939 mój Ojciec przeniesiony był z powrotem do Dyrekcji Lasów we Lwowie. Mieszkaliśmy w dość dużym domu i to musiało być na rogu bo z jednej strony ogrodu był długi parkan. Już po wkroczeniu bolszewików, jak dużo żołnierzy wybierało się przez Zieloną Granicę, znalazłem w ogrodzie pudełko z medalami wojskowymi – chciałem go mieć, ale Mama powiedziała że to niebezpiecznie i nie wiem co się z nim stało – chyba gdzieś w ogrodzie było zakopane. Po wkroczeniu bolszewików zarekwirowali część naszego mieszkania, więc przenieśliśmy się do małego mieszkania obok siostry mojej Mamy, Cioci Mani, mamy Mietka. Z przed wojennego Lwowa pamiętam najbardziej oświetlone tramwaje wieczorem i neonowe reklamy – nigdy przedtem coś takiego nie widziałem. Pamiętam też że kościół/kościoły były ogromne jak mi się zdawało. Byliśmy też po raz pierwszy w kinie i było to zdaje sie Disneya „Królewna Śnieżka i 7 Krasnoludków”. Po wybuchu wojny pamiętam bombardowania – chodziliśmy do domu Wuja Adama chronić się w piwnicy. Już po wkroczeniu bolszewików pamiętam jak raz szliśmy z Ojcem – prawdopodobnie zabierał nas z domu Wuja Adama do naszego mieszkania. Ulice były pełne gruzów, a w jednym miejscu gdzie żołnierze byli rozbrajani była duża sterta połamanych karabinów. Ojca aresztowali w październiku. Po śledztwie we Lwowie był wywieziony, nie wiedzieliśmy gdzie. Po nas przyszli 13 kwietnia 1940, o piątej rano i dali Mamie 15 minut do spakowania się. Powiedzieli jej że jedzie do męża, więc spakowała jego rzeczy i dyplom! Potem była kilkutygodniowa podróż na Kazachstan. Na Kazachstanie te rzeczy Mama zamieniała na żywność, bo kupić tam jedzenia nie było możliwe. Na Kazachstanie znaleźliśmy znajomych ze Lwowa – była pani Antoniewicz, ormianka, pani Chlipalska z synami Adam i Paweł, i pani Makowska z dwojgiem dzieci Wojtek i Basia. Przez pewien czas mieszkaliśmy wszyscy w jednym pokoju. W tym pośpiesznym pakowaniu Mama zwinęła leżnik huculski. W wagonie na pryczy był naszym łożem tak też w stajni na Kazachstanie i na ziemi w lepiance. W drodze do Teheranu w górach perskich spadł z wozu, ale na szczęście nie do wąwozu, więc go uratowano. Mama wiozła ten leżnik po całym świecie i do końca jej życia nakrywał jej tapczan. Teraz już jest bardzo wyłysiały i miejscami przeźroczysty, ale jeszcze jest. Po amnestii tylko rodziny wojskowych mogły dostać pozwolenie do wyjazdu. Mama szukała Ojca, ale bezskutecznie, w końcu pan Buchinger, sekretarz mojego Ojca, podał Mamę jako swoją siostrę(?) i dostaliśmy pozwolenie jako rodzina wojskowa. (Pana Buchingera żona i dwoje dzieci byli niestety w Rosji i aż po wojnie wydostali się). Z Kazachstanu do Aszhabadu jechaliśmy pociągiem. W Taszkencie jacyś Polacy opryszkowie ofiarowali się pomóc mamie nieść walizkę i zwiali z tą walizką. Zmienialiśmy pociąg na polski pociąg, część dla wojska, część dla cywilów. Straszne było przepychanie się, żeby dostać się na pociąg i w tym tumulcie Mama zemdlała. Jakiś żołnierz, który znał Mamę jeszcze ze Lwowa zabrał nas i wsadził na korytarz wojskowego wagonu i tak ocalił nam życie. Dał nam w wagonie puszkę angielskiego konserwowanego mleka (condensed milk). Po otworzeniu wojskowym scyzorykiem (tzw. Churchill knife) Mama dawała nam po łyżce od czasu do czasu. Z trudem dojechaliśmy do Aszhabadu ale i tu ciężko było dostać miejsce w transporcie. W Aszhabacie Mama miała atak serca, ale mówiła nam jak gorąco się modliła żeby nas ocalić. Już w Australii na stare lata miała badanie serca i powiedzieli Jej, że miała ogromne blizny na sercu. Nam się udało dostać na ostatni konwój już jak sztab wyjeżdżał. Jechaliśmy amerykańskimi ciężarówkami wojskowymi przez góry do Teheranu w Persji. Z tej podróży nie wiele pamiętam (miałem lat 7). Biwakowaliśmy nocami. W konwoju był zbiornik z benzyną. W pewnym miejscu Mamy leżnik huculski z Tatarowa, który nam służył przez cały pobyt jako łóżko na ziemi, spadł z wozu, ale był uratowany i jeszcze istnieje do dziś dnia. Siostra opowiadała mi jak przekroczyliśmy granicę perską, jakiś Pers z dobrym sercem rzucił do wozu perskie placki chleba. Kobiety na wozie tak były wzruszone tym gestem, że się rozpłakały. W Rosji nikt chleba nie dawał za darmo. Pamiętam też jak perscy chłopcy sprzedawali gotowane jajka przy drodze. Po tej sowieckiej „gościnie” bardzo byłem chory. W Teheranie poszedłem do szpitala polowego bo miałem czerwonkę. Lekarstw nie było i leczenie czerwonki polegało na diecie z samego ryżu. Nic to mi nie pomagało, a w szpitalu ludzie marli masowo. W końcu Mama zabrała mnie ze szpitala i zaczęła leczyć po swojemu, to znaczy taka dieta:– perskie granaty, których było obficie, herbata z czerwonym winem, i czarna czekolada. Wyleczyło to czerwonkę, ale dalej miałem pelagrę, koklusz i malarię. Ta malaria męczyła mnie atakami co miesiąc. W Nazarecie stały się komplikacje. Pan Makowski był kapitanem w wojsku i wykładowcą później w Liceum Drogowo-wodnym w Palestynie. We Lwowie przed wojną był architektem. Przyjechał do Teheranu po swoją żonę – byli oni przyjaciółmi moich rodziców we Lwowie. On namówił Mamę żeby wstąpiła do wojska i w ten sposób Ala i ja mogliśmy wstąpić do szkoły, Ala do Szkoły Młodszych Ochotniczek w Dżeninie w Palestynie, a ja do Junackiej Szkoły Powszechnej w Nazarecie. Więc pojechaliśmy do Kanakinu w Iraku do wojska. Był to duży obóz z namiotami i z drogami wyznaczonymi kamieniami gdzie żołnierze uczyli się jazdy samochodowej. W Kanakinie, kucharz w kasynie oficerskim, cukiernik ze Lwowa, dokarmiał mnie po cichu – pamiętam puszki brzoskwiń, które były tak smaczne, że aż trudno było wierzyć – myślę, że to musiały być australijskie brzoskwinie z wojskowych racji! W Kanakinie zachorowałem na koklusz i jak dojechaliśmy do Qastyny w Palestynie, musieliśmy czekać w kwarantannie. Lekarzem w JSP w Nazarecie był dr. Jan Freundlich, pediatra z Przemyśla – on mi uratował życie. W końcu wysłał mnie do angielskiego szpitala wojskowego, bo Nazaret był wtedy pełen angielskich szpitali wspierających kampanię w północnej Afryce. Z początku w JSP nasz rok szkolny trwał tylko 6 miesięcy żeby nadrobić czas stracony przez pobyt w Rosji. Ja poszedłem prosto do drugiej klasy, bo pierwszej już nie było. Na moim świadectwie z czerwca 1943 jest notatka że opuściłem 63 dni szkolnych, a to było przez szpital prawdopodobnie. Malarz Wlastimil Hofman był złapany przez wojnę w Nazarecie gdzie malował na tematy z Nowego Testamentu. Warunki nie były dobre żeby zarabiać jako artysta malarz. Dr. Freundlich był miłośnikiem jego obrazów i dużo ich kupił – musiał w ten sposób bardzo pomóc panu Hofmanowi. Ponieważ zawsze byłem najmłodszy i najmniejszy, zawsze byłem wybierany do delegacji witać wizytujących generałów. W 1943 roku pojechałem z delegacją z Nazaretu do obozu Qastina witać gen. Sikorskiego. Gdy wróciłem do Nazaretu powiedziano mi że generał już nie żyje. Nie mogłem uwierzyć. Tak sobie teraz myślę – ciekawe to jest że to właśnie dzięki staraniom gen. Sikorskiego i gen. Andersa było nam możliwe wydostać się z sowieckiego „raju” i miałem ten przywilej że obaj uścisnęli mi rękę, a gen. Sikorski dwa dni przed swoją tragiczną śmiercią. Cześć ich pamięci. W 1947 roku przewieziono nas do Anglii i tam już się wojsko polskie skończyło. Mama dowiedziała się dopiero w grudniu 1947r. że Ojciec umarł w Rosji. Był w lagrach w okolicach Kotlas i w listopadzie 1941 roku był już w transporcie z Kirova do Taszkentu do wojska, ale zmarł w drodze, prawdopodobnie na tyfus, gdzieś w okolicy Gorki. W Palestynie i po wojnie w Anglii spotkaliśmy pana Staszkiewicza, też inżynier leśnik ze Lwowa i przyjaciel Ojca z Dyrekcji Lasów. Taki to był nasz los. Teraz 65 lat po tym, na emeryturze w słonecznej Australii jest mi bardzo dobrze i wygodnie, ale jakoś tak wciąż myślami wracam do ukochanego Tatarowa.

dyskutuj
comments powered by Disqus