other stories
May 1944

Wspomnienia kapitana Władysława Żarkowskiego

Maria Mazurek

W kwietniu 1937 r. zostałem powołany do odbycia obowiązkowej służby wojskowej. Po półrocznym okresie w Łowiczu zostałem skierowany do Szkoły Podoficerskiej Piechoty Ciężkich Karabinów Maszynowych w Berezweczu w województwie wileńskim. Przed końcem służby wojskowej, za namową przełożonych, zapisałem się na podoficera zawodowego. Otrzymałem własny pokój, lepszą gażę, inne traktowanie – a to mi odpowiadało. 1 września 1939 rok, napad Niemiec na nasz kraj, zastał naszą kampanię na ćwiczeniach z ostrej amunicji, nad granicą sowiecką. Nastąpiła mobilizacja. Zostałem skierowany do pilnowania granicy. Rankiem 17 września obudził nas warkot samolotów lecących znad granicy w głąb kraju. Z samolotów zrzucano ulotki do ludności białoruskiej, oczywiście w ich języku, że Rosjanie wkraczają do Polski, aby uwolnić Białoruś. Wymaszerowaliśmy z naszych koszar, by bić się z Sowietami. Szliśmy w kierunku północnym, ale nie znaliśmy celu podróży. Dopiero nad ranem 18 września kapitan poinformował nas, że mamy dojść do Łotwy, a później przedostać się do Anglii, aby dalej walczyć. Powiedział, że jeśli ktoś ze względów rodzinnych nie może iść, to niech postąpi jak mu nakazuje sumienie. Grupa znacznie się zmniejszyła. Podróż odbywała się w ciszy, bo do wiosek, przez które przechodziliśmy, głównymi szlakami dotarły już oddziały sowieckie. Odpoczywaliśmy w lasach lub zagajnikach. Żywić musieliśmy się sami. Ja z dwoma kolegami przechodząc obok wiosek szukałem na studniach z żurawiami, kładąc w dół rękę, sznurków, na których gospodynie wieszały mało, sery, mleko i śmietanę. To trzymało nas przy życiu. Po tygodniu dotarliśmy do granicy łotewskiej. Wywiad nie miał dobrych wiadomości: naszą strażnicę objęli już Sowieci. Wysłani delegaci do strażnicy na Łotwie przynieśli nam wiadomość, że Łotysze nie mogą nas przyjąć, ale proponują, by dla zmylenia Sowietów upozorować natarcie na ich strażnicę. Pokazali, w którym rejonie to ma nastąpić – oni mieli się niby bronić, a potem wziąć nas do niewoli. Tak też zrobiliśmy. Następnego ranka strzelając do góry przekroczyliśmy granicę, a po drugiej stronie Łotyszki już czekały na nas z żywnością. Zdaliśmy broń. Łotysze przyjęli nas bardzo serdecznie, zakwaterowali w mieście portowym Liepaja, nad Morzem Bałtyckim. Wyżywienie mieliśmy takie samo jak wojsko łotewskie i dużo lepsze id tego, jakie otrzymywaliśmy w Polsce – na śniadanie była biała bułka, łyżka gotowanej, mielonej wieprzowiny, razowy chleb, biała kawa lub herbata. Obiad składał się z dwóch dań. Na przepustkę do miasta można było iść w ubraniu cywilnym. Przez ambasadę angielską w Rydze nawiązaliśmy kontakt z Londynem. Lotnicy i żołnierze wojsk technicznych mieli pierwszeństwo, by dostać się do Anglii. My musieliśmy czekać. W październiku Łotysze zaproponowali nam pracę zarobkową na farmie rolnej lub w lesie. Mnie i jedenaście innych osób wysłano do puszczy w okolicy Ventspils, nad Bałtykiem. Wycinaliśmy chore lub uszkodzone drzewa. Mieszkaliśmy w gajówce, spaliśmy na pryczy wymoszczonej sianem, paliliśmy drzewem, by było nam ciepło. Co dwa tygodnie jeden z nas jeździł do Rygi, by dowiedzieć, się, czy nasza kolejka do wyjazdu jest bliska. Z początku nie wyobrażałem sobie, jak człowiek może wytrzymać w wielkim mrozie i głębokim śniegu tyle czasu. Ale z perspektywy lat uważam, że był to najpiękniejszy okres mojego życia. Wolny, pracujący w lesie, nikt nas nie poganiał. Miałem 26 lat. Wczesną jesienią 1940 r. Sowieci przyporządkowali sobie kraje bałtyckie. I przypomnieli sobie o nas, internowanych. Kazano nam stawić się na rynku miasteczka. Poszliśmy uregulować rachunki w sklepach, bo niektórzy robili tam zakupy na konto. Ale nikt z ludności miejscowej nie chciał wziąć od nas pieniędzy, a jeszcze dali nam wałówkę na drogę. Łotysze płakali. Zdążyliśmy się z nimi zżyć. Na rynek przyjechała po nas ciężarówka dowodzona przez sowieckiego oficera, oprócz niego było trzech żołnierzy z karabinami i pies wilczur. Kazali nam usiąść tyłem do szoferki, z nogami rozłożonymi na boki. Załadowano nas tak ciasno, że wyliśmy z bólu, a konwojenci śmiali się. Ruszyliśmy w kierunku torów kolejowych i wkrótce musieliśmy przesiąść się do pociągu. Jechaliśmy cały tydzień. Najbardziej dokuczało nam pragnienie, bo nic nam nie dali do picia. Nie wzięliśmy też nic ze sobą, bo nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że tak długo pojedziemy. Przywieźli nas do obozu w miejscowości Juchnów w rejon Kozielska, na tereny sowieckie. Obóz był otoczony siatką drucianą. Byliśmy zamknięci i pilnowani przez Sowietów. Przebywaliśmy tam do wiosny 1942 roku. Pamiętam Wigilię. Na ścianie między oknami namalowaliśmy stół wigilijny, a na nim to, co w normalnym czasie być powinno. Jeden z kolegów przyniósł pod płaszczem czubek jodły, zawiesiliśmy ją pod sufitem, nad stołem, ubraliśmy czym mogliśmy, a na czubku zawiesiliśmy biało-czerwoną flagę. Kiedy na niebie ukazała się pierwsza gwiazdka, zaczęliśmy śpiewać kolędy. Przyszedł politruk, zakazał śpiewu i kazał natychmiast zdjąć choinkę. Nikt tego nie zrobił, więc sam wdrapał się po pryczach i ją zerwał. Ale został sam czubek z flagą. Śpiewaliśmy dalej, ciesząc się, że flaga została. Nikt nam nie mówił, dlaczego nas trzymają i jak długo to potrwa. Ale domyślaliśmy się po tym, że nie najgorzej się z nami obchodzono, że na wymianę z Niemcami. Nie doszło jednak do niej, bo Rosjanie zorientowali się, że Niemcy szykują inwazję na ich kraj. W marcu 1942 roku skończyła się nasza swoboda. Otrzymaliśmy prowiant (kilogram ziemniaków i kiszonej kapusty, rybę morską, chleb razowy, trochę cukru), załadowano nas na bydlęcy transport, przewożąc do Archangielska. Tam wysłano na statek towarowy „Klara Zetkin” (nazwanego na cześć niemieckiej komunistki). Dopłynęliśmy na półwysep Kola, gdzie musieliśmy pracować przy budowie lotniska. Po upływie trzech miesięcy znów tą samą, bydlęcą metodą, bez żywności i pozamykanych, spakowano nas na transport i po raz kolejny przewieziono – tym razem na południe. My, internowani żołnierze z Litwy i Łotwy, byliśmy pierwszymi, którzy dotarli do Tatiszczewa, gdzie tworzyła się Armia Polska. – Niemcy rozpoczęli wojnę z Rosją i teraz będziemy walczyć u boku żołnierzy rosyjskich – poinformował nas polski oficer Nikodem Sulik. Otrzymałem przydział do 15 Pułku Piechoty. Byłem pierwszym podoficerem. Oficerów zresztą brakowało. Później dowiedzieliśmy się, że zostali rozstrzelani w Katyniu. Mieszkaliśmy w namiotach. Kiedy zbliżała się zima, brak opału dawał nam się we znaki. Całe szczęście dostaliśmy rozkaz przygotowania się do zmiany miejsca pobytu. Mieliśmy jechać na południe, do Kirgizji. Ucieszyliśmy się bardzo, a czołówka teatralna zaraz skomponowała pieśń: Dziś jedziemy na południe, będzie jeszcze cudniej Tam dostaniesz zawsze z rana i arbuza i banana Wreszcie załadowano nas w pociągi i przewieziono do miasteczka Dżalalabad. Tam odbyliśmy ćwiczenia, na których był marszałek Żukow. Czekaliśmy tylko, gotowi, by wyruszyć na front. Nagle otrzymaliśmy wiadomość, że mamy być ewakuowani, że nie będziemy jednak walczyć wspólnie Sowietami. Uciecha niesamowita. Zdaliśmy broń sowiecką i wyruszyliśmy pociągami do Krasnowocka, nad morze Kaspijskie. Tam czekaliśmy na ludność cywilną, członków rodzin służących żołnierzy Armii Andersa, by razem z nimi opuścić ziemię sowiecką. Przewieziono nas najpierw do Pahlevi w Iranie, a potem do Iraku. Tam otrzymaliśmy broń i rozpoczęliśmy ćwiczenia. Cały Korpus mieszkał na pustyni, w namiotach. Noce były niespokojne, bo wyły szakale, co przypominało płacz dziecka, a Arabowie kradli co się dało, szczególnie zaś broń. Kompana otoczona była puszkami po ropie naftowej, w nich paliła się szmata nasiąknięta ropą, naokoło chodził wartownik, a i tak złodzieje się podczołgiwali. Przeżyliśmy dwie burze piaskowe, które poprzedzała absolutna cisza. Podczas burzy trzeba było położyć się w namiocie na brzuchu, jedną ręką trzymać wilgotną chusteczkę pod nosem, a drugą – kołek namiotu, by wichura go nie porwała. Żołnierze otrzymywali przepustki do Bagdadu, gdzie nad rzeką Tygrys Anglicy zarezerwowali dwie ulice dla wojsk alianckich: były domy z dziewczynkami, puby z alkohole, zabawki, potańcówki. Zwiedzaliśmy Bejrut, Damaszek, Liban, Jerozolimę, Tel Awiw... Nasz oddział był też wysłany, akurat w Boże Narodzenie, na kurs wysokogórski do Syrii. Pamiętam wigilijne stoły ustawione pod białymi od śniegu górami. Następnie zmieniliśmy miejsce postoju – rozłożyliśmy namioty w Egipcie. W Kairze oficerowie materialnie się podreperowali, bo tam funt złoty równał się papierowemu, swoje gaże zamieniali więc na złoto. Wreszcie, na początku 1944 roku, załadowano nas na okręty, by udać się na front we Włoszech. Do słonecznej Italii dotarliśmy 21 lutego 1944 roku. Zamieszkaliśmy w obozie Aleksander, w pobliżu miasta s. Teresa, w lesie oliwnym. Wkrótce odczytano nam rozkaz Wodza Naczelnego, gen. Kazimierza Sosnkowskiego: Żołnierze! Ziściło się Wasze pragnienie. 2 Korpus stoi na froncie bojowym, na własnym odcinku, pod własnym polskim dowództwem, biorąc wspólnie z wojskami sprzymierzonymi udział w ostatecznej rozprawie z Niemcami, naszym wrogiem śmiertelnym i odwiecznym krzywdzicielem. Naród Polski od wieków rozmiłowany w sprawie żołnierskiej, patrzeć będzie z zapartym oddechem na przebieg Kampanii Włoskiej. W marcu wyruszyliśmy w kierunku miejscowości Toro. Po drodze, w czasie biwaku, moja kompania została pierwszy raz ostrzelana przez samoloty niemieckie. Wkraczając w zasięg ognia nieprzyjacielskiego szliśmy już pieszo, gęsiego, jeden za drugim, w terenie górzystym, pokrytym głębokim śniegiem. Na muły załadowano żywność, sprzęt i amunicję. Dotarliśmy na wzgórze San Pietro, zajmując stanowisko po odejściu oddziałów francuskich. Niemcy ciągle ostrzeliwali okolicę naszych stanowisk. Jeden z pocisków mnie ranił, przecinając górną wargę i wybijając cztery górne, przednie zęby. Po założeniu opatrunku poszedłem do punktu sanitarnego. Czekałem cierpliwie, bo bandażowano ranionego wcześniej. Sanitariusze zauważyli u mnie dużo krwi. I jeszcze jedną ranę, o której nie wiedziałem – na lewym przedramieniu. Wewnątrz były odłamki. Przewieziono mnie do szpitala. Odwiedzili mnie tam koledzy, przynosząc wiadomość, że zostałem mianowany na stopień oficerski. W czasie, kiedy leżałem w szpitalu, doszło do ostatecznego starcia pod Monte Cassino. Połowa naszej kompanii zginęła w tej walce. Kiedy wróciłem, atmosfera wśród żołnierzy była przygnębiająca. Bardziej niż radość ze zdobycia Monte Cassino wybrzmiewał smutek, że zginęło tylu z nas. Żołnierze przebywali po wszystkim na odpoczynku w Castelvetere. Zajęliśmy się konserwacją broni, nawiązaliśmy kontakt z ludnością cywilną. Niektórzy zdążyli się zaręczyć. Wojna i życie, dwa wykluczające się pojęcia. Ale jednak kiedy wojna choć na chwilę ustawała, przychodziło życie. Uroczyście obchodzono na przykład święto Bożego Ciała. Batalion wziął udział w uroczystościach, wystawił ołtarz polowy udekorowany przez miejscowe dziewczęta, które z właściwą włoskiej naturze bezpośredniością nie opuściły żadnej okazji, by okazać sympatię naszym żołnierzom. Przyjemnie było na tym wypoczynku. Wszystko jednak ma swój koniec. Rozkaz wymarszu usłyszeliśmy 19 czerwca 1944 roku. Szliśmy nad Adriatyk. Dostaliśmy informację, że mamy odblokować drogę do portu Ancona. Pierwszy pluton, którym dowodziłem, dostał za zadanie zajęcie bojowych stanowisk, tak, by odeprzeć spodziewane uderzenie przeciwnika. Wspieraliśmy też oddziały włoskie nacierające na Filottrano. Kilku żołnierzy z mojego plutonu, pod ostrzałem niemieckim, padło w tych walkach zabitych. Upały dochodziły do 40 stopni i wyżej. Niebo było tak bezchmurne, że słońce paliło niemiłosiernie. W nocy Niemcy bombardowaniem z samolotów odgryzały się za nasze dziennie ataki. 18 lipca zaczęło się ostateczne natarcie na Anconę. W nocy walka nie ustała; była prowadzona z taką samą siłą i zaciętością. Wszędzie było widać ogień, kłęby dymu, wybuchy pocisków. Robiło to duże wrażenie. O 5 nad ranem 19 lipca zajęliśmy miasto Polverigi, kilka godzin później Camerata Picena, miasto i port Anconę. Na cytadeli w porcie zawisła biało-czerwona flaga. Ja zostałem zaś zastępcą dowódcy Kompanii. Ostatnie Boże Narodzenie II wojny światowej spędziłem pod Bolonią. Dotarliśmy tam z moim plutonem w okropną pogodę, deszcz ze śniegiem. Zatrzymaliśmy się w zbombardowanym domu na wzgórzu. W Wigilię, owinięty w prześcieradło znalezione w ruinach domu, składałem życzenia podwładnym, by następne święta zastały nas już w wolnej Polsce. Rzeczywiście wojna się skończyła kilka miesięcy później. 8 maja 1945 Niemcy podpisały kapitulację. Oczekiwaliśmy tego, ale z drugiej strony – jakby nas to zaskoczyło. Cieszyliśmy się, że jeden wróg został wykończony na serio. Ale wszyscy czuliśmy, że my, Polacy, rozprawić się jeszcze musimy z wrogiem drugim, czerwonym, który zalał już Polskę. Wojna się skończyła, a żołnierz upity i podniecony walką jak haszyszem, stanął nagle, obejrzał się dookoła nieprzytomnym wzorkiem i nie wie – rumienić się czy radować. Nie tu chciał zamknąć rozpoczęte dzieło walki, ale tam, gdzie ciągnęła go niezaspokojona tęsknota. Tam, gdzie stał już wróg inny, równie zachłanny. kapitan Władysław Żarkowski (1914-2010 r.)

dyskutuj
comments powered by Disqus