other stories
May 1944

historia Kanoniera z Sieradza

Zdzisława Świniarska

Witam, przesyłam artykuł, który ukazał się o moim dziadku Ignacyn Barwaśnym z Sieradza (dawne Woźniki). Opisuje on w skrócie jego tułaczkę wojenną, której finałem był Klasztor Monte Cassino. Dysponujemy też pamiątkami po dziadku.Jeśli będziecie Państwo zainteresowani, chętnie udostępnimy. Chciałabym aby pamięć o moim dziadku nie umarła, żeby pozostał jakiś ślad po tak wspaniałym człowieku. Zdzisława Świniarska wnuczka " 18 maja mija 70 lat od zdobycia przez polskich żołnierzy klasztoru Monte Cassino. Jednym z tych, którzy brali udział w walkach był Ignacy Barawaśny z Woźnik, dziś dzielnicy Sieradza. W małym zagłębieniu za kamieniem, niemalże przyssany do ziemi, leżał kanionier Ignacy Barwaśny. Mocno dociśnięta do oczu lornetka przeszkadzała, ale była okiem na świat. Ignacy Barwaśny wypatrywał niemieckich pozycji, starając się nie podnosić głowy zakrytej hełmem. A wróg ukryty w ruinach klasztoru Monte Cassino patrzył z góry na polskich żołnierzy. Niektórych Niemcy mieli wystawionych niczym kaczki na polowaniu. Nic więc dziwnego, że niejeden z żołnierzy dostał i padł. Ignacy Barwaśny nie pamiętał, który to już był dzień szturmu na niemieckie pozycje. Piąty, szósty, może siódmy... Nie liczył czasu, jak większość żołnierzy na pierwszej linii frontu. A on był na wysuniętym stanowisku obserwacyjnym i wspólnie z oficerem kierował ogniem polskiej artylerii. Myśli różne po głowie przebiegają, życie niczym filmy z Eugeniuszem Bodo, przewija się raz po raz. Tylko o śmierci się nie myśl. Choć strach przed nią jest okrutny. Ignacy Barwaśny, urodzony 2 grudnia 1916 roku w podsieradzkich Woźnikach, był pod Monte Cassino żołnierzem 6. Lwowskiego Pułku Artylerii Lekkiej (dowódca mjr Stanisław Świniarski), który wchodził w skład 5. Kresowej Dywizji Piechoty. Dowodził nią gen. Zygmunt Bohusz-Szyszko. Ta z kolei była częścią składową 2. Korpusu Polskiego, walczącego w kampanii włoskiej w składzie 8. Armii Brytyjskiej. Dowódcą korpusu był, już wtedy owiany legendą, generał Władysław Anders. Jak prosty wiejski chłopak znad Warty trafił na pole walki, które obrosło w legendy i o którym śpiewa się pieśni? - To był postawny, ale szczupły mężczyzna. Rzekłbyś żołnierz od urodzenia - rozpoczyna opowieść Józef Świniarski, zięć nieżyjącego już Ignacego Barwaśniego. - Przeżył 87 lat, miał znakomitą pamięć. W roku 1936 ożenił się ze Stanisławą, także mieszkanką Woźnik. Gospodarzyli na niewielkim skrawku lichej ziemi. Pod koniec sierpnia 1939 roku dostał kartę mobilizacyjną do wojska. Nie musiał daleko jeździć. Trafił do 31. Pułku Strzelców Kaniowskich w Sieradzu. Był w artylerii. Walczył z Niemcami niedaleko domu, koło Dzigorzewa. Polacy musieli się wycofać. Teść, jak po wielokroć opowiadał, przeżył piekło w lesie pod Łaskiem. Tam, cofające się polskie oddziały wypatrzyli piloci niemieckich samolotów. Lotnicy zbombardowali naszych żołnierzy. Mój przyszły teść przeżył. Potem zaczęła się gehenna odwrotu. Garwolin, Łuków, w końcu Włodzimierz Wołyński (dziś to Ukraina). Tam w okolicach wsi Werba polski oddział otoczyli Rosjanie, rozbroili i wzięli do niewoli. To było już po 17 września, czyli po agresji sowieckiej na Polskę. Kolejny etap to miasteczko Hoszcza nad rzeką Horyń w powiecie rówieńskim (obecnie Ukraina). Zaczęło się dla Ignacego Barwaśniego, trwające kilka lat życie niczym rozrzucone paciorki różańca, ze wszystkimi jego trzema tajemnicami: radosną, bolesną, chwalebną. W Horyniu jeńcy polscy pracują przy budowie drogi. Niedługo potem jest Równe, Zborów, gdzie zastaje ich sroga zima. Zakwaterowani w nędznych barakach z desek Polacy dostają beczki po smole, z których mają sobie zrobić piecyki. Potem pracują w Brodach przy budowie lotniska i padają jak muchy, dziesiątkowani przez choroby. I tam Ignacego Barwaśniego zastaje 22 czerwca 1941 i agresja Niemiec na ZSRR. Naloty niemieckich samolotów - bomby trafiają także w żołnierzy polskich. Wielu zostaje w Brodach na zawsze. Rosjanie uciekają przed Niemcami, a więc ewakuacja. Kolejny etap to Złoczów. Tam Ignacy Barwaśny podejmuje próbę ucieczki wraz z kilkoma kolegami. Ucieczka jest nieudana. Wytropiły ich psy enkawudzistów. Polaków trzeba rozstrzelać. Ustawili już nieszczęśników w szeregu. Nastąpił jednak cud. Wilnianin Kazimierz Sokulski, doskonale władający rosyjskim, przekonał krasnoarmiejców, że żywi mogą pracować, a martwi nie. Darowano im życie. W końcu trafili do byłego klasztoru w Starobielsku, gdzie wcześniej więzieni byli polscy oficerowie zamordowani wiosną 1940 roku w Charkowie. Byli tam niecały miesiąc, bo wkrótce podpisano układ Władysław Sikorski - Iwan Majski (30 lipca 1941). Przed zimą pojawili się w Starobielsku polscy oficerowie z tworzącej się armii polskiej. Zabrali ich i przewieźli do Czerkas. Tam jeńcy dostali polskie mundury. Wtedy też po raz pierwszy Ignacy Barwaśny, podczas mszy polowej, ujrzał generała Władysława Sikorskiego. Jak wspominał po latach, setki żołnierzy padało na kolana na śnieg i krzyczało do generała "wybawco nasz, prowadź do Polski, z Tobą żyć i umierać!". Wiosną 1942 roku Ignacy Barwaśny trafił do Uzbekistanu. Tam dostał przydział do formującego się 6. Pułku Artylerii Lekkiej. Żmudne szkolenie, ale w końcu normalne jedzenie i bycie między swoimi. Potem Krasnowodsk (obecnie Turkmenistan) i podróż statkiem przez Morze Kaspijskie do Iranu. - Tam dano nam w końcu broń do ręki - wspominał 20 lat temu Ignacy Barwaśny. - I nowe mundury, czapki z pięknymi orzełkami w koronie. Poczuliśmy się w końcu prawdziwymi żołnierzami. Potem załadowano nas na ciężarówki i pojechaliśmy do Iraku, stamtąd do Palestyny i dalej do Egiptu. W końcu Port Said nad Morzem Śródziemnym, z którego wypłynęliśmy w marcu 1944 roku alianckimi statkami do Włoch. I tak rozpoczął się kolejny etap życia Ignacego Barwaśnego - Monte Cassino. Zanim poszli w bój, późniejszy biskup Józef Gawlina odprawił przejmujące nabożeństwo u stóp opactwa benedyktyńskiego. "Idziecie na krwawy bój" mówił akcentując wyraźnie poszczególne słowa. Ignacy Barwaśny przeżył piekło bitwy, która trwała 13 dni i pochłonęła ponad 920 polskich żołnierzy. Słyszał 18 maja 1944 Hejnał Mariacki odegrany na ruinach klasztoru przez plutonowego Emila Czecha. Widział powiewającą biało-czerwoną flagę. Brał udział w zdobyciu Bolonii. Do Polski powrócił w grudniu 1945 roku. Powrócił z żalem w duszy, bo miał żal do Anglików, że jemu, bohaterowi spod Monte Cassino, odznaczonemu Krzyżem Walecznych, kazali zbierać, w towarzystwie jeńców niemieckich, ziemniaki. - Po wojnie teść miał kłopoty z nową władzą - kontynuuje Józef Świniarski. - Nie mogli na niego patrzeć. To prawda. Ignacy Barwaśny opowiadał 20 lat temu, że pracownicy Urzędu Gminy w Męce zakazali mu noszenia munduru 2. Korpusu i odznaczeń. Zaproponowali wstąpienie do MO lub ORMO. Odmówił. Często słyszał "Niech ci Anders pomoże". Nie pomógł, ale Ignacy Barwaśny przeżył życie z godnością."

dyskutuj
comments powered by Disqus