Arrival and life in Buzuluk
September 1941

Mieczysław Jerzy Marczak: Tatiszczew - obóz wojskowy wrzesień 1941 r.

Aldona Kostanecka-Matraszek

No i następnego dnia rano jedziemy do Buzłuku. 24 września zostaję zarejestrowany jako żołnierz i po dwóch dniach razem z całą grupą odesłany do obozu wojskowego. W Buzłuku nie było obozu wojskowego, tylko sztab i punkt przesyłkowy. Jak się zebrała grupa, to ją odsyłali do obozów. Tu dawali dobrze jeść, ale nie dawali nic z ubrania, a było już bardzo zimno. Z Buzłuku odesłali nas pociągiem do Kujbyszewa, a tam po zaopatrzeniu w żywność na drogę statkiem po Wołdze do Saratowa. Stamtąd pociągiem do Tatiszczewa, do właściwego obozu. Tu zastaliśmy już około 10 tys. ludzi. Wszystko, jak my obdarte, głodne, chore, ale pełne dobrych nadziei na przyszłość. Sam obóz, to obóz letni jakiejś sowieckiej dywizji. Duża przestrzeń, trochę różnych baraków na kancelarię, kluby, teatry, zebrania, a poza tym plac na rozbicie namiotów. Po placu porobione ścieżki, zrobiony stadion sportowy, jednym słowem, na lato bardzo dobrze, ale nie na zimę. Porozbijaliśmy namioty, kwadratowe, na czternastu ludzi jeden. Pourządzaliśmy się trochę, dostaliśmy koce, prześcieradła i talerze (prawdziwe). Ja z obozu przyjechałem w podartym ubraniu, z kociołkiem w ręku i z małym workiem na jedzenie i nic poza tym. W drodze zdarłem kilka par łapci, i te, w których przyjechałem, były na wykończeniu. Toteż to wszystko, co nam dawali, bardzo mi się przydawało. Pierwsze dnie trafiły się ciepłe, więc nie mając na razie nic do roboty, wzięliśmy się do bicia wszy. Miałem tego pod dostatkiem. W drodze tak się rozmnożyły, że nie patrząc mogłem całymi garściami zza pazuchy wyciągać. Całe dnie siedzieliśmy na słońcu i tłukliśmy to świństwo, ale to była syzyfowa praca. Łaźni nie było, mydła nie było, bielizny na zmianę nie było, więc niemożliwe było pozbyć się tego świństwa tylko przez zabijanie, nawet tysiącami. Całe ciało miałem w krostach od ukąszeń i od drapania brudnymi rękami. To obrzydliwe, ale ponieważ wszyscy tak samo wyglądali, więc wtedy nikt na to specjalnej uwagi nie zwracał. Traktowaliśmy to po prostu jako dopust Boży i godziliśmy się z losem. Po paru dniach zaczęliśmy o wiele bardziej cierpieć z powodu zimna. Marzliśmy w dzień i w nocy, i nie było na to żadnej rady. Cienkie koce nic nie pomagały, a nic innego nie było. Poza tym ciągle deszcze i deszcz ze śniegiem powodowały, że zaczęliśmy tonąć w błocie. Naokoło namiotów a nawet w namiotach było masę błota a co za tym idzie, ciągle wilgotno. Nic nie wysychało. Nogi były wiecznie przemoknięte i skostniałe i nie ogrzewały się nawet w nocy. Na skutek tego odnowiło mi się ropienie stóp. Z początku jeszcze chodziłem trochę do roboty tj. do zakopywania wodociągów żeby nie zamarzały, ale potem zostałem i od tego zwolniony i siedziałem w namiocie. 17 października zostałem przeniesiony do Szkoły Podchorążych Piechoty. Właściwie nic poza namiotem się nie zmieniło, bo na razie byliśmy nieubrani i bez butów, tak, że żadnych zajęć nie było, a tylko od czasu do czasu pogadanki. Coraz zimniej, zaczyna padać suchy śnieg, mróz, wiatry, tak, że trudno w naszych ubraniach wychylić nos z namiotu, choć i w namiocie niezbyt ciepło. Zbudowaliśmy sobie piecyki, okopali i obsypali ziemią namioty, ale i to niewiele pomagało bo nie było drzewa. Z początku było jeszcze trochę drewnianych ogrodzeń, ale potem i to się skończyło i trzeba było chodzić po drzewo 11 km do lasu. Mimo złego odzienia chodziliśmy od czasu do czasu, ale z tej odległości trudno było przynieść więcej, tak, że nie opłaciło się chodzić i marznąć, żeby potem jeden dzień mieć cieplej. Śnieg już po kolana, ale to lepiej, bo nie ma błota i obsypał namiot, tak że mniej wieje do środka. Z paleniem bardzo źle, z jedzeniem też nie bardzo, a najgorzej z ubraniem. Zapowiadają nam mundury angielskie, ale jeszcze nie wiadomo, kiedy przyjdą. Zostałem referentem kulturalno-oświatowym kompanii. Mam odczytywać komunikaty radiowe (jest tylko jedno radio w dowództwie dywizji) i inne nowiny i podawać kolegom. Poza tym biorę udział w urządzaniu różnych wieczorków: muzyka, deklamacje, śpiewy, pogadanki. Naturalnie sam nie śpiewam i nie gram, to jasne z moimi zdolnościami w tym kierunku. Jakoś czas leci i przyzwyczajamy się. Dostałem parę trzewików starych na gumowej podeszwie i trochę ciasne, tak, że onucy nie włożę i płaszcz estoński wojskowy, krótki i ciasny, ale zawsze lepiej jak przedtem. Najważniejsze, że mrozy coraz lepsze i przez to jest sucho, więc łatwiej znieść zimno. 29 października przeniesiono mnie do Batalionu Pancernego. Tutaj jest lepiej, bo namioty lepiej zaopatrzone, więcej drzewa (nie wiem jak oni to kombinują, ale zawsze przywloką jakieś świeżo ścięte drzewo, czasem owocowe), a co najważniejsze, pracuję w kancelarii, w budynku gdzie jest piec i nie dmucha. Są okna, jest lampa, jest prawie ciepło. Mam stół i krzesło i tłumaczę rozmaite książki o czołgach i wojnie pancernej. Poza tym zostałem wyznaczony jako wykładowca na kursie kierowców, ale jeszcze się nie zaczął i jeszcze nie mogę tam chodzić (dosyć daleko), bo już nie mam w ogóle butów (te, co dostałem, rozlazły się od moczenia i suszenia). 4 listopada nareszcie dostałem buty! Nowe! Wprawdzie sowieckie z brezentowymi cholewami i gumową podeszwą, ale nowe i duże tak, że mogę do środka włożyć grube onuce, więc już w nogi nie marznę. Ubrany jestem w: czapkę milicyjną, letnią oficerską polską bluzę, spodnie watowane, płaszcz estoński sukienny, buty sowieckie. Można wytrzymać, tylko, że mam jedną zmianę bielizny i jak wypiorę to muszę mokrą nakładać. To nawet konieczne dla wysuszenia, bo inaczej schłaby kilka dni. Pali się fest w piecu, nakłada się mokrą i po paru godzinach jest sucha. Z wszami też już jest lepiej, bo wprawdzie nie dali mydła, ale dali jakiś płyn, w którym moczy się bieliznę po praniu i bez płukania się wykręca. Wszy giną i nie lęgną się nowe a bielizna strasznie śmierdzi jeszcze dobre kilka dni. Wprawdzie smród nieprzyjemny i niektórzy dostają wysypki od tego płynu, ale to lepsze jak wszy. Łaźnia i pralnia o dwa kilometry, za jeziorem (jak nie było zamarznięte to trzy km). Duży budynek drewniany, nieopalany (obóz letni!) z dziurawym dachem, tak że śnieg pada do środka ale jest ciepła woda i ten płyn. Kąpiel kosztuje dużo zaparcia się siebie, ale korzystamy z niej możliwie często bo inaczej zżarły by nas wszy. Idzie się całym namiotem równocześnie i potem pali się w piecu żeby się ogrzać i wysuszyć bieliznę na sobie. Zaczęły się już wykłady na kursie. Chodzę tam ok. 1 km. Sala jest niewielka i dużo ludzi, tak, że nie jest bardzo zimno. Dostałem jeszcze „fufajkę” (watowaną kurtkę), tak, że już całkiem ciepło. Tylko z jedzeniem coraz gorzej. Coraz częściej zupa nieokreślonego pochodzenia, w ogóle nie pożywna, i ryba strasznie słona i wstrętna, ale trudno. Jemy to i narzekamy. Zasadniczym jedzeniem jest chleb, którego dostajemy ¾ kg dziennie. Zaczynają od czasu do czasu dawać też i mydło, bardzo podłe, ale zawsze mydło. Z dniem 13 listopada zostaliśmy (cały batalion) przeniesieni do baraku. Jest to nowy, duży budynek drewniany. Są w nim trzypiętrowe prycze i jest bardzo ciasno, ale to i lepiej bo ciepło. Pierwsze dni strasznie mokro, bo barak był wykańczany już jak był śnieg i wszystkie deski były obmarznięte a teraz zaczęły tajać, ale po kilku dniach wyschło i jest całkiem dobrze. Zajęcie mam ciągle to samo: tłumaczenia i kurs kierowców. Tu dostaję pierwszą wypłatę 30 rubli i dostajemy coraz regularniej machorkę i mydło. Od czasu do czasu dostajemy też trochę cukru. Jedzenie się poprawiło, ale ciągle jeszcze za mało. Z dniem 10 grudnia zostałem przeniesiony na kurs doskonalący dla podoficerów. Tutaj mieszkamy w podobnym baraku, ale jest nas mniej i jest przez to zimniej. Znowu śpię ubrany, bo inaczej nie można. Strasznie nas męczą. Niezależnie od pogody (a jest już 30 stopni mrozu i wiatr) codziennie na ćwiczenia w polu, marsze, patrole, musztra, alarmy nocne, marsze nocne, marsze na kierunek w czystym polu i w czasie zadymki. To wszystko strasznie wycieńcza. bo i jedzenie niewystarczające i nie można dobrze w zimnym baraku odpocząć. Ale jakoś idzie i to (wykłady na kursie mam niezależnie od tego i to lepiej, bo czasem nie idę na ćwiczenia).

dyskutuj
comments powered by Disqus