other stories
July 1941

Nasz tato walczył u boku generała Andersa

Magdalena Nowek

WSPOMNIENIA CÓRKI O CZESŁAWIE SŁUCZANOWSKIM – KAPITANIE II KORPUSU GEN. WŁADYSŁAWA ANDERSA 11 listopada 1913 roku w Adampolu w rodzinie pochodzenia szlacheckiego urodził się mój Tato - Czesław Słuczanowski. Jego ojciec Andrzej Słuczanowski był w tym czasie inżynierem kolejowym (kończył studia w uniwersytecie Lwowskim), a mama Ludwika z domu Lewicka-nauczycielką. Przed drugą wojną światową, mieszkali w Nowej Wilejce i tam kształcili swoje dzieci. Mój Tato kończył naukę w państwowym gimnazjum im. Króla Zygmunta Augusta w Wilnie. W 1930 roku zdał egzamin dojrzałości, a następnie studiował na tamtejszym Uniwersytecie Stefana Batorego na wydziale matematyczno-przyrodniczym. Jak wynika z dokumentów rodzinnych, 13 stycznia 1939 roku zdał część egzaminu na stopień magistra filozofii (w zakresie geografii). W międzyczasie (1932-1934) odbywał służbę wojskową i ukończył kurs Podchorążych Rezerwy Piechoty Legionów w Piątym Pułku Piechoty Legionów w Wilnie i otrzymał stopień wojskowy - kapral tytularny. W latach 1936-1939 był oficerem oświatowym w 85 Pułku Strzelców Wileńskich w Nowej Wilejce. 17 kwietnia 1937 roku wziął ślub z Jadwigą Kawecką. Młodzi uczynili to w tajemnicy przed rodzicami, bo zdawali sobie sprawę, że popełniają mezalians. Plany życiowe mojego Taty zostały przerwane najazdem na Polskę hitlerowskich Niemiec 1 września 1939 roku i ZSRR 17 września 1939 roku. Odwołany z rezerwy 16 marca 1939 roku brał udział w kampanii wrześniowej w Polsce do dnia 28 września 1939 roku. Po rozgromieniu wojsk polskich w przebraniu chłopskim wrócił do domu w Nowej Wilejce. Przez jakiś czas po powrocie uczęszczał na zajęcia na Uniwersytecie Stefana Batorego. W styczniu 1941 roku miał przyjść na świat pierwszy potomek Jadwigi i Czesława. Szczęśliwe oczekiwanie zostało przerwane pewnej nocy 1940 roku, gdy przyszli do domu bolszewicy. Kazali się Tacie szybko ubierać, nie pozwolili niczego zabrać i wyprowadzili go z domu. Po aresztowaniu męża mama usilnie poszukiwała różnych możliwości dotarcia do niego. Niestety udało się tylko wysłać paczkę z żywnością i odzieżą. Skazano Tatę na karę śmierci i w wagonach bydlęcych wywieziono do obozu jenieckiego na syberyjską Kołymę. Zesłanie na Sybir wbrew pozorom oznaczało ocalenie, bo ci, którzy pojechali na Ukrainę, zostali natychmiast rozstrzelani. Tato opowiadał, że na początku podróży pociąg zaatakowali polscy partyzanci i część składu została odczepiona i uratowana. Niestety Tato był w ostatnim wagonie, który pojechał dalej. Podróż była okropna. Ludzie stłoczeni w wagonach cierpieli z zimna, głodu i pragnienia wzmaganego przez brak wody do picia i celowe karmienie więźniów słonymi śledziami. Nikt nie był przygotowany na podróż, ponieważ nie pozwolono zabrać ciepłej odzieży i jedzenia. Wielu chorowało i umierało, a zwłoki wyrzucano na torowiska w czasie jazdy. Sytuację pogarszał fetor odchodów i stłoczonych niemytych ciał. W obozie panowały bardzo trudne warunki życia. Osadzonych dziesiątkowały głód i choroby. Ludzie nie mieli odpowiednich ubrań, a jedzenie, które im dostarczano, było nadpsute, wodniste, a przede wszystkim w znikomych ilościach. Każdy starał się uzupełnić te braki, poszukując w ziemi jadalnych korzonków i resztek na śmietnikach. Tato opowiadał, że najlepiej wiodło się lekarzom, bo każdy potrzebował ich pomocy. Od listopada 1940 do sierpnia 1941 roku Tato przebywał w obozie internowanych na Kołymie. Mówił mi, że było to dla niego straszne przeżycie, bo będąc skazanym na śmierć, w każdej chwili oczekiwał, że wejdą do celi żołnierze i wyprowadzą go na egzekucję. Cała rodzina bardzo przeżywała wywózkę Taty na Sybir. Rodzice Jadwigi zaopiekowali się córką (moją mamą), która w tym czasie była w ciąży. Jeszcze przed aresztowaniem Ojca wybrane zostało imię Wojtek dla chłopca. Nie wiem, jak miała nazywać się dziewczynka. Wszyscy usilnie starali się dowiedzieć, dokąd trafił transport z więźniami, ponieważ wujek Taty, Aleksander Lewicki (lekarz), wywieziony do Katynia, zaginął. Po rozwiązaniu mama wysłała paczkę do Taty z prostym jedzeniem (smalec) i ubraniami. Na skarpetkach wyszyła imię dziecka, by powiadomić, że urodził się syn Wojtek. Minął prawie rok od uwięzienia Taty, gdy zaczęły docierać wiadomości o tworzeniu się wojsk polskich pod wodzą generała Andersa. W obozie nie rozmawiano oficjalnie na ten temat. Ludzie dowiadywali się przypadkowo, czasami nawet od Rosjan pracujących przy internowanych. Korzystając z tych informacji, Tato zgłosił władzom obozu chęć przystąpienia do Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Po rozpatrzeniu wniosku pozwolono niektórym, a między innymi jemu, udać się do Buzułuku i tam wstąpić w szeregi armii generała Andersa. Nie było to proste zadanie, ponieważ trzeba było przejść duży odcinek trasy pieszo. Droga do Buzułuku trwała dwa tygodnie, a ponieważ nie było obuwia, wędrowcy musieli owijać sobie nogi podartymi szmatami, a kto miał, onucami. We wrześniu 1941 roku Czesław Słuczanowski wstąpił do II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych pod dowództwem generała Władysława Andersa w stopniu podporucznika, a w dniu 11 grudnia tego roku awansował na stopień porucznika. Przeszedł całą trasę od Buzułuku poprzez Tobruk i Palestynę do Włoch, gdzie brał udział w bitwie pod Monte Cassino. Trwało to ponad 3 lata. Opowiadał Grażynie Słuczanowskiej (synowej), że w czasie drogi oprócz szkolenia zasadniczego (wojskowego) zajmowali się też opieką nad rodzinami i osieroconymi dziećmi uratowanymi przez żołnierzy generała Andersa. W 1942 roku w drodze z Pahlevi w Iranie spotkali grupę dzieci bawiących się z niedźwiadkiem – przyszłym słynnym kapralem Wojtkiem. Żołnierze odkupili zwierzę od perskiego chłopca za kilka puszek konserw. Miś otrzymał imię Wojtek i został oficjalnie wciągnięty na stan ewidencyjny 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii. Podczas bitwy o Monte Cassino Tato kierował ostrzeliwaniem pozycji niemieckich. Jako oficer sprawdzał stanowiska baterii 7 Pułku Artylerii Przeciwlotniczej Lekkiej. Pewnego dnia, jadąc łazikiem pod górę, zobaczył przed samochodem leżącego psa. Polecił kierowcy zatrzymać się, by sprawdzić, co się stało. Okazało się, że była to zamaskowana mina. Gdyby się nie zatrzymali, zginęliby! Jednak porucznik Słuczanowski nie wyszedł całkowicie bez szwanku, gdyż lecące odłamki raniły go w lewy bok i w ten sposób trafił do szpitala wojskowego. 1 stycznia 1945 roku otrzymał awans na stopień kapitana. Po zakończeniu kampanii zamieszkał w Rzymie. Przez Czerwony Krzyż stale otrzymywał informacje, iż żona i syn nie żyją. Wieści dotyczące sytuacji w Polsce nie były optymistyczne i trudno było podjąć decyzję o powrocie. Sytuacja polityczna w Europie zmieniła się. Żołnierze II Korpusu bali się wyjazdu do kraju ze względu na aresztowania i prześladowania. Niektórzy zostawali we Włoszech, inni jechali do Wielkiej Brytanii. Pod wpływem tych wieści i pamięci o trudnych przeżyciach na Syberii Tato podjął naukę na Uniwersytecie Medycznym w Rzymie. Po 2 latach pobytu w stolicy Włoch, nie mając pozytywnych informacji o rodzinie, postanowił jednak osobiście sprawdzić sytuację w kraju. Przypłynął statkiem do Gdyni w maju 1947 roku. Na dworcu morskim wielkim zaskoczeniem było dla niego spotkanie brata swojej żony – Jerzego Kaweckiego. Dowiedział się od niego o miejscu pobytu swoich bliskich i od razu postanowił zostać w Polsce! Znalazł ich w Brzeźnicy, pytając dzieci, gdzie zamieszkują Kaweccy. Jakiś chłopiec z kurczakiem w rękach odpowiedział: „A ja wiem, a nie powiem” i natychmiast uciekł. Tato nie miał pojęcia, że właśnie rozmawiał z własnym synem Wojtkiem, którego zobaczył po raz pierwszy w życiu. Z Brzeźnicy koło Wałcza moi rodzice przenieśli się do Siewierza, gdzie Tato podjął pracę nauczyciela geografii w Liceum Ogólnokształcącym. W grudniu 1949 roku rodzina powiększyła się. Na świat przyszła córka – Magdalena Barbara, czyli ja. Życie Taty nie było jednak całkowicie wolne od trosk, gdyż musiał kilkakrotnie jeździć do Krakowa na przesłuchania. Pytano, dlaczego tak późno wrócił do domu. Jednocześnie ukończył kierunek geografii na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Często prosiliśmy Tatę, by napisał wspomnienia, lecz nie chciał tego uczynić. Twierdził, że nie będą wydane, a rodzina mogłaby mieć z tego powodu problemy. Tato otrzymał następujące medale i odznaczenia za służbę w II Korpusie: • polskie: Srebrny Krzyż Zasługi z Mieczami, Krzyż Monte Cassino • brytyjskie: Gwiazda 1939 /1945, Gwiazda Włoch, Medal za Obronę, Medal za Wojnę 1939/1945 Magdalena Słuczanowska (Nowek) – córka WSPOMNIENIA SYNOWEJ O CZESŁAWIE SŁUCZANOWSKIM – KAPITANIE II KORPUSU GEN. WŁADYSŁAWA ANDERSA Los zetknął mnie z rodziną Słuczanowskich w 1961 roku. Pracowałam wtedy na kolonii letniej Polskiej Żeglugi Morskiej w Szklarskiej Porębie. Tam poznałam przystojnego studenta IV roku medycyny – Wojciecha – syna Czesława Słuczanowskiego. Nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń, a potem w miłość. Pobraliśmy się w maju 1962 roku. Obie rodziny zaakceptowały nasz związek. Spotykaliśmy się na proszonych obiadach, świętach i rodzinnych uroczystościach nie tylko w Szczecinie, ale także na Śląsku (Katowice, Bytom, Gliwice) u Słuczanowskich oraz w Warszawie i Lublinie u Kaweckich – krewnych ze strony mojej teściowej. Zaprzyjaźniłam się z drugą żoną mojego Teścia – Zofią, którą Słuczanowscy znali już wcześniej, gdyż razem z Czesławem pracowała w szkole w Siewierzu. Zofia zapisała się w nowej rodzinie bardzo pozytywnie, podejmując się wychowania jedenastoletniej córki Czesława – Magdaleny i opieki nad wnukami. Mój Teść bardzo się ucieszył, kiedy urodziłam dzieci: Sylwię (1970r.) i Seweryna (1978r.) – jedynego dziedzica nazwiska. Obecnie Sylwia mieszka z mężem i trójką dzieci w Szczecinie, a Seweryn z żoną Agnieszką – w Londynie. Czesław Słuczanowski był bardzo interesującym człowiekiem. Wychowywał się w zamożnej i wykształconej rodzinie: ojciec Andrzej był inżynierem kolejowym, matka Ludwika – nauczycielką. Pięknie grała na pianinie. Udało jej się wywieźć z Wilna mały koncertowy fortepian, na którym grała do końca życia. Los ciężko doświadczył mojego Teścia: aresztowano go w Wilnie i wywieziono na Syberię, został skazany na śmierć, walczył w II Korpusie gen. Władysława Andersa, 7 lat przebywał poza Polską, żona Jadwiga zmarła śmiercią tragiczną. Służąc w armii gen. Andersa, Czesław brał udział w bitwie pod Monte Cassino, a po niej zamieszkał we Włoszech. Podjął taką decyzję z obawy przed aresztowaniem w Polsce. Ponadto otrzymał wiadomość z Czerwonego Krzyża, że żona i syn nie żyją. W końcu jednak, mimo obaw przed aresztowaniem, postanowił osobiście przekonać się, co dzieje się z rodziną Słuczanowskich i Kaweckich. W 1947 roku przypłynął statkiem z Włoch do Gdyni. I stał się cud! Na dworcu morskim spotkał Jerzego Kaweckiego – brata Jadwigi. Okazało się, że żona i syn żyją i są pod opieką rodziny Kaweckich. Czesław natychmiast pojechał szukać ich na terenie tzw. „ziem odzyskanych”, gdzie zamieszkali po wysiedleniu z Wilna. Gdy szukał ich adresu, spotkał sześcioletniego chłopca, który okazał się być jego synem Wojtkiem. Po przyjeździe do Polski Teść ukończył studia na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie i podjął pracę w Siewierzu. W 1957 roku z rodziną (żona Jadwiga, syn Wojtek i córka Magdalena) przeniósł się ze Śląska do Szczecina, gdzie otrzymał propozycję pracy na stanowisku zastępcy dyrektora V Liceum Ogólnokształcącego i nauczyciela geografii. Namówił syna, aby studiował medycynę i ucieszył się, gdy Wojtek został lekarzem, ponieważ uważał, że ten zawód czyni człowieka wyjątkowym. Doskonale pamiętał z okresu uwięzienia, że nawet oprawcy inaczej traktowali lekarzy. Wojenne wspomnienia nieustannie nam towarzyszyły. Od mojego Teścia usłyszałam historię niedźwiadka Wojtka. Tato bardzo ubolewał, że nie postawiono misiowi pomnika. Sądził, iż byłoby to dobre dla najmłodszego pokolenia. „Widocznie w Polsce nadal nie lubią tych spod Monte Cassino” – mówił z goryczą. Ja zadbałam, aby młodzież z naszej rodziny miała w domowej bibliotece książki o bohaterskim zwierzaku. Do końca życia Czesław nie mógł pogodzić się z tym, że nie zaproszono Polaków na uroczystą defiladę w Londynie i oddano nas pod „opiekę” ZSRR. Przyszedł taki moment, że zaczęliśmy uparcie namawiać Teścia, aby napisał o trudnych przeżyciach wojennych. Niestety Tato nie miał ochoty! Mówił do mnie: „Grażynko, nikt tego nie wyda. O Monte Cassino, o generale Władysławie Andersie i o II Korpusie lepiej nie przypominać.” Mówił też „Dni na Syberii były makabryczne. Nie chcę mówić szczegółowo, jak zachowywali się tam bolszewicy. To była straszna ziemia! Człowiek żył tam tylko po to, aby się nad nim znęcano, a metody były takie, że nie sposób o nich opowiadać.” Tato odszedł na zawsze w 1986 roku i do końca nie dał się namówić na spisanie wspomnień. W 2013 roku zmarł jego syn – mój mąż. Ojciec, matka i syn: Czesław, Jadwiga i Wojciech Słuczanowscy na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie – jednej z najpiękniejszych nekropolii w Polsce. Kochany Teściu i Dziadku! Brakuje nam twoich opowieści, ładnego charakteru pisma, bogatego słownictwa, pogodnego nastroju, pięknego śpiewu i czytania oraz eleganckiego zachowania wobec drugiego człowieka. Czytamy czasopismo „Niedziela”. Dziękujemy Panu Profesorowi Normanowi Davisowi, że otworzył swoje serce dla II Korpusu gen. Władysława Andersa. Jego książki o Polsce są w naszej domowej bibliotece. Dziękujemy! Grażyna Słuczanowska (synowa)

dyskutuj
comments powered by Disqus