Deportation to Siberia - Archangielsk
June 1941

Deportacja na Syberię rodziny Kleczkowskich z Wilna

Ewa Krzymień

Wspomnienia rodziny Kleczkowskich, które napisał nieżyjący już Jerzy Kleczkowski syn Stanisława i Janiny z d. Fekecz. – historyk wieloletni nauczyciel W dniu 17 września 1939r. byłem świadkiem wkroczenia wojsk radzieckich do Woronin, gdzie wówczas przebywałem. Armia Czerwona pod względem wyposażenia i ubioru przedstawiała żałosny wygląd( nieobrębione u dołu płaszcze, karbiny na sznurkach). Żołnierze starali się zjednać sympatię miejscowego społeczeństwa twierdząc, że u nich „ wsio jest i wszystkiego dużo „. Początkowo część ludności białoruskiej dało się nabrać na ich demagogiczne hasła i zaczęła nawet tworzyć milicję ludową. Inną postawę zajęła miejscowa inteligencja, owiana głębokim patriotyzmem, która bardzo szybko doznała szeregu prześladowań przez NKWD. Zaczęły się zsyłki Polaków w głąb ZSRR. Nasza rodzina została deportowana na Syberię w dniu 16.06.1941r.. W tym dniu o świcie rozległo się pukanie do naszych drzwi. Do mieszkania wkroczyli funkcjonariusz NKWD, którzy po dokonaniu rewizji powiadomili nas o nakazie deportacji naszej rodziny na Syberię. To smutne wydarzenia ominęło mamę, która leżała w szpitalu i siostrę Halinę, której nie było w domu, gdyż z koleżankami wyjechała do pracy poza Wilno. Mimo to polecono nam zabrać ich wszystkie rzeczy, zapewniając, że zostaną dołączone do transportu. W drodze do Nowej Wilejki wiozący nas samochód zatrzymał się przy domu naszej cioci, celem sprawdzenia czy nie znajduje się tam mama i siostra Halina. W Nowej Wilejce oczekiwał już składający się z 40 wagonów bydlęcych wagonów pociąg wypełniony „ nieprawomyślnymi mieszkańcami „ Wilna, którzy w jakiś sposób narazili się władzy radzieckiej. W wagonach znajdowały się prycze, oraz otwór na załatwianie potrzeb fizjologicznych. Pociąg był konwojowany przez NKWDystów. Nasz wygnańcza rodzina składała się z 4 osób: babci (80 lat), ojca (58 lat), siostry Ireny (21 lat) i mnie (15 lat). W drodze na Syberię naszym wyżywieniem była zupa lub kasza i gorąca woda. Na poszczególnych stacjach mężczyźni z wiadrami udawali się po żywność pod ścisłym nadzorem żołnierzy NKWD. Po raz pierwszy opuściliśmy wagony za Uralem. Pozwolono nam opuścić pociąg i zażyć świeżego powietrza na rozległej łące. Okazało się wówczas jak masowy charakter miała ta deportacja. Wśród zesłańców można spotkać było przedstawicieli wileńskiego kupiectwa, rodziny policjantów, urzędników państwowych itp. Po minięciu Uralu zaczął się stopniowy rozładunek polegający na odczepianiu od końca wagonów na poszczególnych stacjach. Nasz wagon doczekał się rozładunku w Szypunowie po ominięciu Omska i Barnaułu. Po opuszczeniu wagonu umieszczono nas na rozległym placu, gdzie dokonano szczegółowej rewizji zabierając wszystkie zdjęcia, lekarstwa, biżuterię i dokumenty. Następnie dokonano podziału między poszczególne kołchozy i sowchozy i samochodami ciężarowymi kierowano do miejsc zasiedlenia. Nasza rodzina została skierowana do sowchozu „ Szypunowo”, gdzie przydzielono nam w baraku jeden pokój z wydzielonym miejscem na kuchnię. Spaliśmy na podłodze, bo żadnych łóżek nie było. Następnego dnia po wyczerpującej podróży zostaliśmy skierowani do pracy siostra i ja do pracy na budowie, ojciec do robót dekarskich. Uzyskiwane zarobki były bardzo niskie, wobec tego za wyprzedawane rzeczy mogliśmy zaopatrzyć się w ziemniaki, sadło, a czasami baraninę, co pozwalało nam regenerować siły utracone w ciężkiej pracy. Babcia zajmowała się przygotowaniem posiłków. Przydział chleba był skąpy. Osoba pracująca otrzymywała 500 g chleba, a nie pracująca 200 g dziennie. Były to małe kawałki, gdyż konsystencja chleba była gliniasta. Nasz pobyt na Syberii trwał stosunkowo krótko, gdyż po podpisaniu przez gen. Wł. Sikorskiego umowy ze Stalinem w sprawie tworzenia Armii Polskiej, zostaliśmy zwolnieni i w listopadzie 1941 r. ruszyliśmy w kierunku Uzbekistanu. Ta tułaczka najgorzej zapisała się w naszej pamięci. Na południu panowała bardzo zła sytuacja gospodarcza. Odczuwało się chroniczny brak chleba. Ponadto szerzyła się epidemia tyfusu i krwawej dyzenterii.Władze radzieckie nie miały żadnej koncepcji w sprawie dalszych naszych losów. W trakcie długich podróży zawieziono nas do Farabu, nad rzekę Amudarię , gdzie zamierzano barkami kierować do kołchozów nad Morze Aralskie. Nie wyraziliśmy jednak na to zgody, gdyż podróż ta z uwagi na prymitywne barki i wartki nurt rzeki była bardzo niebezpieczna. W Farabie znajdowali się wypuszczeni z Łagrów polscy policjanci i wojskowi, którzy zmierzali do tworzącego się wojska polskiego. To oni właśnie zapobiegli siłowemu załadowania nas na barki. W dalszych wojażach dotarliśmy do Czimkentu, gdzie wynajęliśmy mały pokoik. Tutaj pogorszył się stan zdrowia babci co w efekcie doprowadziło do jej śmierci. Nasz trójka zachorowała na tyfus plamisty ( powód wszawica ). Choroba ta spowodowała śmierć naszego ojca ( 20.12.1941r), o czym zostaliśmy powiadomieni po wyjściu ze szpitala. Zwłoki naszych drogich zmarłych spoczęły w zbiorowych mogiłach, których miejsca nam nie wskazano. Tak więc listopad i grudzień 1941r. zapisał się tragicznie w dziejach naszej rodziny. Po wyjściu ze szpitala zamieszkaliśmy u sympatycznej rodziny na przedmieściach Czimkentu W tym mieście powstał konsulat polski, który sprawował opiekę nad ludnością polską zwolnioną z zsyłek. Konsulem został pan Kościałkowski, który zaopatrywał nas w kartki na zupę i przydział chleba. Moja siostra Irena zainteresowała się szkołą Junaków, ponieważ do Czimkentu zaczął przyjeżdżać w celach werbunkowych por. Majkowski. Dzięki niemu skierowany zostałem do Narpaju – ośrodka organizowania się tzw. Junaków, rekrutujących się z polskiej młodzieży męskiej. Organizatorom Junaków przyświecała chęć wywiezienia jak największej ilości młodzieży z terytorium ZSRR, początkowo do Iranu, a później do Palestyny. Narpaj znajdował się kilka kilometrów od Kermine, gdzie tworzyła się VII Dewizja Armii Gen. Władysława Andersa. Siostra Irena w tym czasie przenosi się do Jangi Jul koło Taszkientu i jako ochotniczka wstępuje do Armii Polskiej pod dowództwem Generała Andersa. W obozie Junaków w Narpaju zgrupowanych zostało ponad dwustu chłopców polskich. Tutaj zaczęła się rekonwalescencja po okresie wygnania i przygotowania do wyjazdu do Persji. Odwiedził nas tam biskup polowy gen. Gawlina i dokonał sakramentu bierzmowania. W lipcu 1942r. nasz obóz został zlikwidowany, a my wraz z personelem udaliśmy się do Krasnowodska ( port nad M.Kaspijskim ), skąd radzieckim okrętem popłynęliśmy do Pachlawi do Persji. Kompanie junackie były zorganizowane na wzór wojskowy, codzienna musztra, kaloryczne wyżywienie, więc chłopcy zaczęli przybywać na wadze , no i kąpiele w bardzo zasolonym Morzu Kaspijskim stanowiły dla Junaków wielką atrakcję. W Pachlawi doszło do spotkania z moja siostrą Ireną, która później przeniosła się do Teheranu, gdzie pracowała jako pielęgniarka najpierw w szpitalu polskim, a następnie brytyjskim ( 29 British General Hospital ). Po kilkumiesięcznym pobycie w Teheranie zostaje skierowana doBejrutu (Liban ), gdzie podejmuje studia na wydziale prawniczym uniwersytetu francuskiego, które kończy w 1946r. Nastepnie nasze oddziały junackie przez góry perskie zostały samochodami przewiezione do Teheranu, a stamtąd do Palestyny, do obozu znajdujacego się w Castinie. W Castinie zastaliśmy dużo młodzieży męskiej uczacej się w Korpusie Kadetów. Nas skierowano do Hajffy do tzw. V Junackiej Szkoły Mechanicznej. Teoretycznie zajęcia odbywały się w szkole, a praktycznie w angielskich warsztatach. Mój pobyt w Hajfie trwał zaledwie kilka miesięcy. Skorzystałem z zapowiadanego werbunku do szkoły lotniczej dla małoletnich. Po pomyślnym przejściu przez komisję lekarską zostałem przyjęty do tej szkoły, która miała być zorganizowana w Anglii, gdzie polscy lotnicy wsławili się w bitwie o Wielką Brytanię. Do tej szkoły przyjęto około 200 kandydatów. Zaczelismy przygotowywać się do wyjazdu do Anglii. Na początku lipca 1943 r.Castinę odwiedził naczelny wódz, premier Rządu Londyńskiego gen.Wł. Sikorski, który przeprowadzał inspekcję polskich sił zbrojnych na wschodzie. Naczelny wódz był bardzo zadowolony z postawy polskiej młodzieży wojskowej. Po inspekcji odleciał do Kairu, a stamtad do Gibraltaru. Samolotem kierował czeski pilot kpt. Prchal. Z Gibraltaru samolot wystartował 4-go lipca o godz. 13.09. Jego lot ku zagładzie trwał jedynie szesnaście sekund, poczem samolot runął do morza. Ocalał tylko pilot. Wiadomość o śmierci gen. Sikorskiego dotarła do nas na okręt – Mauretanię, którym płynęliśmy do Anglii. Wywarła ona na nas wstrząsające wrażenie. Pokładaliśmy w generale tak zresztą jak wszyscy Polacy olbrzymie nadzieje, że po latach tułaczki doprowadzi nas do wyzwolonej ojczyzny. Podróż nasza biegła przez Morze Czerwone, Ocean Indyjskii Ocean Atlantycki. Przepływaliśmy przez Madagaskar. Jedyny postój zarządzono w Cape Town, gdyż na okręcie wykryto tajną radiostację, obsługiwana przez szpiega, żołnierza południowo- afrykańskiego. Został on natychmiast wysadzony na ląd. Podczas następnej fazy podróży okręt nasz był konwojowany przez samoloty RAF-u ( Królewskich Sił Powietrznych). Po długiej podróży w końcu dopłyneliśmy do Liverpoolu, stamtąd odwiezieni samochodami do stacji lotniczej w Halton ( niedaleko Londynu ).Tutaj czekały na nas przygotowane koszary oraz personel polski, przyjmujący nad nami opiekę. Następnego dnia otrzymaliśmy angielskie mundury lotnicze. Halton był dużym ośrodkiem szkolenia specjalistów lotniczych. Można było uzyskać kwalifikacje z zakresu mechaniki silnikowej, płatowcowej i precyzyjnej. Wśród kursantów przeważali Anglicy, ale nie brakowało też Polaków, którz mieli stanowić kadrę dla polskiego lotnictwa. Tutaj w Halton odwiedził i powitał nas najstarszy generał polski Kazimierz Sosnkowski. Po kilku miesiączch pobytu w Halton doszło do podziału naszej jednostki na dwie części. Pierwsza, która pragnęła szkolić się w podanych wyżej specjalnościach pozostała w Halton, a druga pragnęła szkolić się w radiomechanice i została skierowana do Cramwell ( środkowa Anglia w pobliżu Lincoln). Ja znalazłem się w tej drugiej grupie. Bardzo mile wspominam pobyt w Cramwell. Było bardzo dużo nauki teoretycznej i zajęć praktycznych. Wykładowcami byli zarówno wojskowi anglicy jak i polacy. Wakacje spędzaliśmy u katolickich rodzin angielskich w różnych częściach Anglii. Gościlismy również u Pani Karczowej w Domu Polskiego Marynarza w Plymouth. Działal tu George Bedford przewodniczacy Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Angielskiej. W Cromwell doczekalismy się zakończenia II Wojny Światowej. Rozpoczętą naukę trzeba było przerwać. Wraz z trzema kolegami zostałem skierowany do 131 Skrzydła Lotniczego stacjonującego w Ahlhorn w Niemczech Zachodnich w pobliżu Oldenburga. W skład skrzydła wchodziły 3 dywizjony 302, 308, 318. Nasze Skrzydło wchodziło w sklad okupacyjnej Armii Renu. Należała do niej również I Dywizja Pancerna Gen. Maczka. W Ahlhorn pełniłem służbę w Messie Oficerskiej w charakterze telefonisty. Milowymi krokami zbliżał się jednak czas demobilizacji. Pod konie 1946 r. zostaliśmy przetrnasportowani do Anglii, do obozu lotniczego w Portreach. Tutaj przygotowywaliśmy się do demobilizacji. Postwiono przed nami dwie alternatywy : I powrót do Polski II przystąpienie do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia, który miał pomóc w przystosowaniu do życia cywilnego (szkolenie w różnych zawodach ) i osiedleniu się w wybranych częściach świata. Wybrałem powrót do Polski. W lecie 1947 r. po demobilizacji zaopatrzony w cywilną odzież, okrętem ze Szkocji wypłynołem do Kraju. W Gdańsku przez kilka godzin musieliśmy oczekiwać w obozie za drutami na wystawienie dokumentów repatriacyjnych, upoważniających do bezpłatnego przejazdu kolejowego do miejsca zamieszkania. Jedynym przyjemnym akcentem było spotkanie z oczekującą na mnie siostrą Haliną, której nie widziałem od 1941roku. Starsza moja siostra Irena po skończonych studniach w Bejrucie podejeła pracę w korpusie na Środkowym Wschodzie pod dowództwem gen.Wiatra. Następnie przenosła się do Londynu i podjeła pracę w Biurze Poszukiwań Rodzin Wojskowych przy Sztabie Polskim. W 1948 roku. wróciła do Kraju. Do 1956 r. była pod stałym nadzorem służb bezpieczeństwa. Jest to , krótki fragment dziejów 4 członków rodziny Kleczkowskich z okresu wojny zesłanych na Syberię. Jerzy Kleczkowski zmarł 24.04.2009 r. Irena Znamirowska z d. Kleczkowska zmarła 23.11.2008r. Na podstawie wspomnień Jerzego i Ireny, oraz notatek opracowała Ewa Krzymień z domu Znamirowska. Ps. Przesyłam również fotografie Jerzego i Ireny Kleczkowskich z tamtego okresu.

dyskutuj
comments powered by Disqus