Polish II Corps in Italy
May 1944

Halina Wyrzykowska – praca w szpitalu we Włoszech

Bożena Hersztowska

Wspomnienia Haliny Wyrzykowskiej (c.d.): Był 8.02.1944 r. Niemcy przywitali nas serią bomb. Nie wyrządziły one większych szkód. Droga, którą jechaliśmy do naszego miejsca postoju w Palagiano była w znacznej części zamaskowana siatkami w barwach ochronnych. Zaraz po przyjeździe zaczęliśmy urządzać szpital polowy na 2000 łóżek. Tylko chirurgia i sale operacyjne były rozmieszczone w budynku szkolnym. Pozostałe oddziały były w namiotach 340 osobowych. To już był pierwszy etap przygotowań do mającej rozegrać się bitwy. 30 km od nas w Cassamassima był taki sam szpital nr I, a wyżej jeszcze dwa szpitale mniejsze i 2 szpitale maleńkie (CCS), dla tych rannych, których transport był niemożliwy. Gdy nadszedł początek maja byliśmy gotowi, dobrze to pamietam. Nie wiedzieliśmy o terminie rozpoczęcia walk, ale wyczuwało się napięcie. Pogotowie obowiązywało wszystkich. Chłopcy z oddziałów, którzy odwiedzali nas czasem, teraz już nie przyjeżdżali. Aż nadszedł ten dzień, godzina H dla nas oznaczała pełne pogotowie. Gdzieś bardzo daleko słychać było odgłosy bombardowania, 30 km od nas było lotnisko. Szum samolotów powodował drgania powietrza, wiedzieliśmy, że coś się dzieje. Czekaliśmy na wiadomości. Przeszła noc, nadszedł ranek, ruch samolotów nie ustawał, aż nadeszła wiadomość, że sanitarki są w drodze do nas. Od lotniska ciągnął się sznur sanitarek. Wyciągano nosze z rannymi. Było ich kilkadziesiąt. Ranni zszokowani, pokrwawieni, z założonymi pierwszymi opatrunkami. Naszym zadaniem było dać im potrzebną pomoc i opiekę. Napływali dalsi ranni, aż zapełnił się nasz szpital. Pracowaliśmy bez zmian i prawie bez snu. Trwało tak tydzień, aż radosna wieść 18 maja dotarła do nas – Monte Cassino zostało zdobyte. Nawet na twarzach tych najciężej rannych pojawił się uśmiech radości. Ich trud i cierpienia – to nic. Najważniejsze było zwycięstwo. To byli dzielni, młodzi chłopcy, pełni wiary w zwycięstwo, gotowi na śmierć, cierpienie, byle tylko walczyć za Polskę. Niektórzy po krótkiej rekowalescencji uciekali za szpitala do oddziałów. Skończyła się walka o Monte Cassino, krótka przerwa i dalej: Ankona, Loretto, Bolonia. Ale największe przeżycie, to była ta pierwsza akcja – Monte Cassino. My pielęgniarki miałyśmy stale wytężoną pracę, nie określoną żadnymi godzinami dyżurów. Najpierw były epidemie (1941-1942), gdzie wielu lekarzy i pielęgniarek oddało swe życie, walcząc o życie innych. Potem malaria (1943 r), a wreszcie opieka i pomoc rannym (1944-1945). Jakkolwiek to był okres ciężkiej próby charakterów, uważam ten okres mego życia za najbardziej wartościowy. Człowiek czuł się naprawdę potrzebnym, a uśmiech chorego i rannego był wielką nagrodą za pracę. M. Łoziński pisze w książce „Przechodniu powiedz Polsce” (str 33) - „We wspomnieniach żołnierskich pozostały zawsze troskliwe pielęgniarki. Ich wyczyny były codziennym żołnierskim trudem, który ocalił od śmierci wielu żołnierzy i o których długo wspominali rekonwalescenci wracający do oddziałów”.

dyskutuj
comments powered by Disqus