February 1940

Ze Wschodniej Polski do Indii

Halina Janda

Relacja Haliny Jandy z pobytu w ZSRR oraz Iranie. Deportacja z 10 lutego 1940 r.: „Zima 1939/1940 była bardzo mroźna. Z utęsknieniem wypatrywałyśmy wiosny licząc na szybkie zakończenie wojny. Liczyłyśmy również na odnalezienie ojca, który jako rezerwista latem 1939 r. powołany został do wojska i nie powrócił po kampanii wrześniowej. Wtedy nie przypuszczałyśmy, że spotkamy się z nim dopiero po 9 latach. Tej pamiętnej zimy zostałyśmy na gospodarstwie tylko z naszą mamą, bez której z pewnością nie przeżyłybyśmy tych strasznych dni, jakie skrywała przed nami przyszłość. Miesiąc przed aresztowaniem przyjechali do naszej wsi handlarze pochodzenia Żydowskiego. Chcieli kupić część dobytku oferując w zamian niewielkie pieniądze. Chęć kupna gospodarstwa i niska cena zaskoczyły naszą mamę, która nie wyraziła zgody na sprzedaż majątku. Zaniepokoiło nas jednak to, co mówili, dając do zrozumienia, że niedługo i tak wszystko stracimy. Nie powiedzieli jednak nic więcej. Po długich namowach handlarzy, sprzedaliśmy jedynie kilka zwierząt gospodarskich, co szczęśliwie okazało się zbawienne w początkowym okresie zesłania. Gdy nadszedł dzień 10 lutego 1940 r. skończyło się moje dzieciństwo i zaczął koszmar raju Stalina. Około godziny szóstej rano głośne uderzenia w drzwi wyrwało nas ze snu. Pamiętam dokładnie brutalne wtargnięcie enkawudzisty, jego krzyk, nasz strach, płacz i przerażenie mamy. Ta pierwsza scena z całej kawalkady dalszych okropności wryła się na zawsze w moją pamięć. Strach tamtego dziecka jest ciągle we mnie, wyciskając łzy za każdym razem, gdy tym wspominam. Krzyczano na nas po rosyjsku. Mama na szczęście znała ten język, choć początkowo nie sprawiała takiego wrażenia. Na jej twarzy widać było ogromne zdenerwowanie i strach. Nie mogła wypowiedzieć ani słowa. W pierwszej kolejności zażądano od nas wydania broni pod groźbą zburzenia pieca i dalszych bardzo poważnych konsekwencji. Mama zapewniała, że nie mamy ukrytej broni. Następnie zażądano dokumentu własności ziemi i odczytano pismo uprawniające do aresztowania wszystkich członków rodziny Sikona. Zarówno moja mama, jak i rodzeństwo w tym pięcioletnia siostra zostałyśmy wymienione indywidualnie. Dano nam trochę na spakowanie. Jeden z żołnierzy doradzał mamie, by wzięła jak najwięcej rzeczy, a przede wszystkim jedzenie. Spakowałyśmy zimowe ubrania, żywność, pościel i wiele rzeczy, które okazały się nieprzydatne jak, np. spakowane do dużego wiklinowego kosza naczynia z porcelany. Wtedy w strachu i chaosie pakowania będąc pod lufami karabinów trudno było zastanowić się, co ze sobą zabrać. Przy nieuważnym przepakowywaniu do pociągu towarowego w Brześciu cała zastawa z porcelany uległa zniszczeniu. W trakcie aresztowania zatrzymywano każdego, kto przybywał w domu, którego członkowie objęci zostali deportacją. Niedaleko nas mieszkał z żoną i małym dzieckiem młody mężczyzna, który każdego ranka przychodził do nas po mleko. Przyszedł również rankiem 10 lutego. Na szczęście dla jego rodziny nasza mama znając bardzo dobrze język rosyjski zdołała przekonać enkawudzistów do jego uwolnienia. Już na zesłaniu poznałyśmy wiele przypadków aresztowania przypadkowych osób. Po zapakowaniu tobołków na podstawione sanie przewieziono nas do oddalonej o 4 km stacji kolejowej Łyszczyce, skąd towarowym pociągiem zostałyśmy wraz z innymi przewiezione do Brześcia. Chcąc udaremnić, w trakcie przesiadki do właściwego transportu, ewentualną ucieczkę, zarządzono, aby w pierwszej kolejności przesiadały się dzieci, a dopiero później dorośli. Przy czym nikogo wcześniej nie poinformowano o przyczynach takiego działania. Odbierając dzieci rodzicom zrobił się straszny lament i płacz, który słychać było cały dzień w różnych miejscach dworca. Wieczorem wyruszyliśmy w nieznane. W transporcie przeważały samotne kobiety z dziećmi. Było to wynikiem ucieczki wielu mężczyzn w obawie przed wkraczającą armią radziecką. Uciekając za Bug miano nadzieję, że krok ten uchroni ich samych oraz ich rodziny. Nikomu do głowy nie przyszło, że Rosjanie będą wywozić kobiety z dziećmi. Zamknięci w wagonach jechaliśmy przez dwa tygodnie mijając po drodze Moskwę. Na każdym postoju wojsko obstawiało pociąg, a drzwi pozostawały zaryglowane. Z całego transportu tylko wybrani mężczyźni mieli możliwość opuszczenia składu udając się po zupę lub wodę, które dostarczano sporadycznie. W związku z przeraźliwym zimnem i brakiem wody nie myto się przez dwa tygodnie. Z powodu zimna wiele rodzin przeżywało tragedie, gdyż śmierć zabierała najmniej odporne na trudy tułaczki małe dzieci. Zrozpaczone rodziny musiały porzucać zmarłych w trakcie podróży. Po dwóch tygodniach przybyliśmy do Archangielska i wszyscy mieli nadzieję, że to koniec tułaczki. Jednak po dwóch dniach wyruszyliśmy w dalszą drogę. W trakcie trwania wyjątkowo ciężkiej, polarnej zimy, jechaliśmy cały dzień i noc odkrytymi ciężarowymi samochodami docierając do miejscowości Uśpiniga. Tam zatrzymałyśmy się dwie noce u Ukrainki, której rodzina została 11 lat wcześniej wywieziona na zesłanie. W tym czasie większość osób z naszego transportu spała w cerkwi lub świetlicy. Po krótkim pobycie w Uśpinidze wyruszyliśmy w dalszą podróż. Tym razem poruszaliśmy się przeznaczonymi dla naszej rodziny trzema saniami. Na dwóch saniach umieszczono nasze bagaże. W ciągu dnia jechaliśmy zamarzniętymi rzekami brnąc coraz dalej w tajgę, spędzając noce w nieczynnych cerkwiach i świetlicach. Posiłek podawany raz dziennie składał się z kawałka chleba, gorącej wody i cukru. Cukier był zbity w bryły i każdy dostawał mały kawałek. Po dwóch tygodniach tj. 8 marca 1940 r. dotarliśmy do miejsca zesłania” . Miejsce zesłania: „Nasz adres pamiętam do dziś: Wierchniaja Ura Pinijski Rejon Obłast Archangielsk. Nasz obóz składał się ze starych baraków. Przydzielono nam pomieszczenie o powierzchni 10 m² dla dziewięciu osób, którego środkiem biegł korytarz dzieląc go na dwie części. Nasz barak znajdował się tuż nad rzeką Jożugą; rzeką, którą po półtora rocznym pobycie w łagrze wyruszyliśmy ku wolności. Tymczasem dwa tygodnie drogi odkrytymi saniami przez tajgę przy ponad 40 stopniowym mrozie przyczyniło się do mojego ciężkiego przeziębienia. Umieszczono mnie w baraku przeznaczonym dla chorych, którzy leżeli na pryczach zasłanych słomą. Jedynym lekarstwem, jakie stosowano w czasie mojego trzy tygodniowego przebywania z innymi chorymi było stawianie baniek. Leżałam z nimi od rana do wieczora każdego dnia. Jakimś cudem, pomimo okropnych warunków, wyzdrowiałam na tyle, że pozwolono mi przenieść się do mojej rodziny. W trakcie naszego pobytu w obozie udało się nawiązać kontakt z ojcem przebywającym w oflagu niedaleko Wiednia. Świadomość, że ojciec żyje i nadzieja na połączenie rodziny dodawała nam sił. W miejscu naszego zesłania mieszkaliśmy półtora roku i w zgodnej ocenie zesłańców niewielu przetrzymałoby kolejny rok. W założeniu Stalina miała to być powolna śmierć na skutek ciężkiej pracy, niedożywienia i chorób. Ludzie chorowali na szkorbut, kurzą ślepotę, mieli powykrzywiane ręce i nogi ze względu na chore stawy. Zaraz po przyjeździe do obozu mama napisała list do swojego brata, który mieszkał w Moskwie z prośbą o przysłanie żywności. Nie zdawałyśmy sobie sprawy z biedy, jaka panowała w tym nieludzkim kraju. Brat odpisał, że sami głodują i nie mogą nam pomóc. Przesłał tylko ubrania oraz rosyjskie walonki, które sprawdzają się w ciężkich rosyjskich warunkach. Mama napisała również do drugiego brata, który przebywał we wschodniej Polsce z prośbą o wszelką pomoc. Dzięki niemu otrzymywałyśmy, co pewien czas pieniądze potrzebne do przeżycia. Po przybyciu do obozu mamę przydzielono do ciężkiej pracy przy wycince drzew, które transportowano specjalnie do tego celu wyciętą w tajdze drogą. Następnie przydzielono ją do pracy przy odgarnianiu śniegu z rowków, którymi po lodzie ciągnięto sanie z drzewem. Praca ta odbywała się w nocy. Często musiała pokonywać odległość do 15 km brnąc w śniegu. Ścięte drzewa transportowano nad rzekę, skąd wiosną spławiano je do Uśpinigi. Zima na dalekiej północy kończyła się późno, bo dopiero w czerwcu. Na szczęście dzieci nie musiały pracować, bowiem wkrótce po przybyciu utworzono szkołę. Nauka szła początkowo opornie, ponieważ żadne dziecko nie znało alfabetu rosyjskiego, a wszystkie zajęcia były w języku rosyjskim. Pewnego razu zostałam wyróżniona przez nauczycielkę za najlepiej napisane dyktando. W nagrodę dostałam dwa pierożki tj. ciastka nadziewane kapustą. W łagrze gdzie zawsze czuło się głód taka nagroda była dużym wyróżnieniem. Za zarobione pieniądze mama kupowała w obozowej stołówce zupę rybną lub kaszę owsianą. Za jej dzienny zarobek można było kupić dwie zupy, z których w drodze do baraku często wyrzucała karaluchy. O tym na szczęcie opowiedziała nam dopiero po latach. Posiłek spożywaliśmy raz dziennie. Do czasu wybuchu wojny z Niemcami w obozowym sklepiku można było kupić bez ograniczeń marnej, jakości chleb oraz cukier. Po wybuchu wojny dzienne zakupy chleba ograniczono do 30 dkg. Chcąc pomóc mamie zbierałyśmy w lecie jagody, za które w skupie dostawałyśmy pieniądze. Miałyśmy w ten sposób środki na kupno kawałka chleba. Chodząc po lesie musiałyśmy bardzo uważać, by się nie zgubić. Ci, którzy zabłądzili najczęściej nie byli już odnajdywani przez przeszukujących teren enkawudzistów. Pewnego razu uratowałam kilka osób, które straciły orientację i chciały iść w przeciwną stronę. Ja jednak zapamiętałam punkty orientacyjne i wyprowadziłam ich z tajgi do posiołku. Cztery miesiące przed końcem zesłania wybudowano w obozie przedszkole, w którym posadę kucharki dostała nasza mama. Przez okno przedszkola położonego tuż przy lesie, sporadycznie udawało się jej wyrzucić garść makaronu. Działo się to w wielkiej tajemnicy, bowiem w razie wykrycia narażała się na poważne konsekwencje”. Opuszczenie miejsca zesłania: „Latem 1941 roku dotarły do nas wieści o porozumieniu Rządu Polskiego z Rosjanami i tworzeniu Armii Polskiej. Wszyscy postanowili wydostać się z obozu budując w tym celu tratwy na rzece Jożudze. Każda tratwa miała namiocik oraz zasłony, które chroniły przed zimnem, deszczem i wiatrem. Nasza kawalkada wypłynęła w nieznane około połowy września, gdy prószył już pierwszy śnieg. Rzeka miała bystry nurt, liczne wiry i wystające od czasu do czasu skały. Przez cały czas modliłam się o bezpieczne dotarcie do celu. Mama poprosiła mężczyznę z sąsiedniej tratwy, by zechciał kierować naszą. Jednak po 25 km tratwa, na której płynęła jego rodzina wpadła na skały. Bojąc się o swoich najbliższych odmówił dalszego płynięcia z nami. Pozostawienie nas w takich warunkach skończyłoby się dla nas tragicznie. Dlatego po usilnych błaganiach zgodził się na dalsze jej pilotowanie. Noce spędzaliśmy na brzegu. Tam też, dzięki licznym kołchozom, zbieraliśmy resztki ziemniaków pozostawionych na polach. Jedliśmy raz dziennie. Po kilku dniach żeglugi dotarliśmy do rzeki Pinigi. Ze względu na bystry nurt rzeki i szeroką falę, w obawie o nasze bezpieczeństwo, powiązano razem kilkanaście tratw. Trzykrotnie znosił nas prąd uniemożliwiając dotarcie do miasta. Za każdym razem wraz z innymi ciągnęłyśmy tratwy pod prąd. W końcu za trzecim razem trafiliśmy na właściwy nurt. Po dwunastu dniach dotarliśmy w pobliże miasta Piniga. Tam wynajęliśmy barkę, którą dostaliśmy się w pobliże miejscowości Uśpiniga. Siedem kilometrów przed ujściem rzeki natrafiliśmy na przeszkodę złożoną z tysięcy drzew przygotowanych do spływu. Nie mogąc płynąć dalej próbowaliśmy przemieszczać się wzdłuż brzegu. Do Uśpinigi szliśmy wiele razy, by przenieść cały nasz dobytek. Trwało to około tygodnia. Po dotarciu na miejsce mama sprzedała kilka rzeczy, dzięki czemu mogliśmy zapłacić za miejsce na barce, którą chcieliśmy dotrzeć do miasta Kotłas. Tam nocowaliśmy w nieczynnej cerkwi. Na zewnątrz było już bardzo zimno, więc wszyscy tłoczyli się w środku. Ścisk był tak duży, że przez dwie noce kobiety z dziećmi mogły tylko siedzieć, a mężczyźni stać pod ścianami. Było tu wielu polskich zesłańców, którzy organizowali komitet, by wspólnie znaleźć możliwość wyruszenia w dalszą drogę. W końcu udało się zorganizować pociąg, którym rozpoczęliśmy dalszy etap naszej tułaczki. Przemieszczaliśmy się w głąb Rosji przez Ural, Perm, Swierdłowsk dojeżdżając w końcu do Kazachstanu. Przez cały okres podróży nie mieliśmy możliwości umycia się. Jedna osoba w naszym wagonie miała wszy, które przeszły na wszystkich. Przy każdym postoju pociągu gryzły nas niemiłosiernie. Całą tę podróż wspominam, jako gehennę w czasie, której zmarło oraz zaginęło wiele osób. Rosjanie mówili, że będzie postój pięciogodzinny, a gdy rozchodzono się szukać czegoś do jedzenia i picia, pociąg nagle odjeżdżał. W takiej sytuacji znalazła się również nasza mama. Do następnego postoju płakałyśmy nie wiedząc, co się z nią stało. To był dla nas koszmar. Jednak na następnym postoju okazało się, że wsiadła do ostatniego wagonu odjeżdżającego już pociągu. Uzbekistan: Po 1,5 miesięcznej tułaczce pociąg nie zatrzymał się u celu naszej podróży w Akczubińsku, lecz został skierowany dalej. Po minięciu Samarkandy przewieziono nas do Buchary. Tam na stacji o nazwie Kagan jadący w naszym wagonie kierownik transportu dowiedział się, do czego władze radzieckie chcą nas wykorzystać. Jeden z maszynistów powiedział mu, że będziemy skierowani do bardzo ciężkiej pracy przy budowie kanału, co przy wycieńczeniu i braku pożywienia zakończyć się mogło w jeden sposób. Nie mieliśmy jednak możliwości powiadomić o tym innych osób z naszego pociągu i cały transport z wyjątkiem osób z naszego wagonu pojechał dalej. Na stacji Kagan spędziliśmy dwa tygodnie. Nie mogliśmy jednak koczować tam dłużej, bo nie chciała się na to zgodzić miejscowa administracja. W końcu wsadzono nas do pociągu z nakazem dotarcia do Uzbekistanu do kołchozu Kiziltipe. Po dotarciu na miejsce zakwaterowano nas w lepiankach. Nie miałyśmy nic do jedzenia. W kołchozie można było kupić jedynie kaszę „dżugarę”, którą należało gotować przez kilka godzin. Jadałyśmy ją raz na dwa, trzy dni, ale pracować musiałyśmy codziennie. Zmuszono nas do ciężkiej pracy w upale przy zbieraniu bawełny. Kazachstan: Po trzech tygodniach przyjechała do naszego kołchozu kobieta w wojskowym mundurze z nakazem dotarcia przez nas do innego kołchozu. Na stacji kolejowej musiałyśmy koczować, aż zabierze nas właściwy pociąg. Był już koniec listopada i noce były zimne. Pewnej nocy zostałyśmy nawet przysypane śniegiem. W końcu przyjechał nasz pociąg. W tym czasie Niemcy zbliżali się do Moskwy i w pociągu jechali rosyjscy uchodźcy. Pociągiem tym kazano nam jechać przez Samarkandę do miasta Dżambuł w południowym Kazachstanie. Stamtąd wraz z innymi pojechaliśmy ciężarowymi odkrytymi samochodami około 30 km do kołchozu Karakimir, gdzie kazano nam zbierać buraki cukrowe. Było nas razem około trzydziestu Polaków oraz trzy rodziny Żydowskie. Po przybyciu na miejsce zaopiekowali się nami Kazachowie gotując w kotłach „zacierki” na mleku. Wszystkim to bardzo smakowało, mimo, że było tam więcej wody niż mleka. Zostaliśmy zakwaterowani w małej chatce składającej się z kuchni i pokoju, gdzie razem z nami mieszkało łącznie dziesięć osób. W kuchni mieszkał Żyd z synem, którzy zgubili po drodze swoją rodzinę. Byli niesamowicie zawszeni. W takich warunkach spędziliśmy 8 miesięcy. Praca nasza polegała na plewieniu buraków. Ze względu na panujący głód kradłyśmy je nocą robiąc z nich zupę. Aby przeżyć musiałyśmy dokupywać także inną żywność. W tym celu sprzedawałyśmy resztki ubrań i kosztowności. Za uzyskane pieniądze mama kupowała pszenicę, którą wysiewano w tych okolicach. Jadło się ją po ugotowaniu. Stałym problemem był brak chrustu na podpałkę. Chodziliśmy, więc w step po burzany, które nadawały się do tego celu, ale spalały się bardzo szybko. Dlatego by ugotować posiłek należało ich nazbierać bardzo dużo. Droga ku wolności: Pewnej nocy do naszego kołchozu przyjechał polski wojskowy. Chciał zabrać swoją rodzinę, ale nie wiedział jak to zrobić ze względu na brak przepustki na większą ilość osób. W końcu wpadł na pomysł, by jedynkę na pozwoleniu zamienić na jedenastkę. Człowiek ten okazał się naszym wybawcą, ponieważ razem ze swoją rodziną zabrał również naszą. Przez całą drogę wszyscy się bardzo denerwowali, ponieważ dopisując na przepustce drugą jedynkę popełniono błąd. Zamiast dwóch następujących po sobie takich samych liter napisano tylko jedną. Na jednej ze stacji konduktor zorientował się, że przepustka została podrobiona i chciał nas wysadzić. Na szczęście udało się go przekupić. Dotarliśmy do Dżambułu. Byliśmy tam kilka dni sprzedając wszystko, co nam jeszcze zostało. Tam wsiadając do pociągu musieliśmy mieć zaświadczenie o odbytej kąpieli w bani. Bez takiego zaświadczenia nie można było kontynuować podróży. Po spełnieniu tego warunku wyruszyliśmy w dalszą podróż. Nasza trasa przebiegała następnie przez Samarkandę, Bucharę do Kitabu, gdzie stacjonowało polskie wojsko. Koczowałyśmy za murem obozu wojskowego na podwórku jednego z domów. Tam żołnierze donosili nam żywność. Całym naszym dobytkiem był koc i poduszka. Tułaczka i brak pożywienia w drodze bardzo nas osłabiły. Zarówno ja, jak i moje siostry zachorowałyśmy na tyfus. Całymi dniami leżałyśmy w cieniu pod drzewem mając bardzo wysoką temperaturę. Mama przesuwała stale nasz koc, tak byśmy nie leżały na słońcu. Trwało to około dwóch tygodni. Były to tereny, gdzie można było kupić wiele owoców, ale my byłyśmy cały czas nieprzytomne. Na tyfus chorowali również żołnierze, którzy umierali nawet w liczbie piętnastu na dzień. Rosjanie wszystkich chorych wywozili do szpitala, z którego nikt nie wracał żywy . Na szczęście mama znalazła rosyjskiego lekarza, od którego otrzymałyśmy zastrzyki i radę by kupić butelkę wina i wypić po szklance. Nasza mama robiła wszystko byśmy wyzdrowiały, bo tylko tak mogłyśmy pojechać z wojskiem, które szykowało się do ewakuacji. Wiedziałyśmy, że nie wpuszczają do pociągu chorych. Każdy musiał wsiąść do pociągu o własnych siłach. Pomimo strasznego osłabienia udało się nam. Nasza gehenna się jednak nie skończyła, bowiem w czasie podróży zachorowała na malarię nasza mama. W sierpniu 1942 roku dotarliśmy do Krasnowodzka. Tam w wielkim upale spędziliśmy cały dzień wraz z ogromnym tłumem innych Polaków. Pamiętam, że brakowało wody i wszyscy odczuwali wielkie pragnienie. Między umęczonymi rodakami chodzili z workami miejscowi żądając pieniędzy, które nie będą nam już do niczego potrzebne. Inni chcieli kosztowności twierdząc, że posiadacze złota nie wyjadą. Wielu przerażonych perspektywą pozostania w ZSRR pozbywało się ich. Później okazało się to kłamstwem. Zamiast pieniędzy wrzuciłam do worka moje radzieckie świadectwo szkolne, bo nie chciałam mieć z tym krajem nic wspólnego. Wypłynęliśmy w morze wielką barką, na której był straszny ścisk. Na środku statku była ubikacja, do której ustawiała się bardzo długa kolejka. Jeżeli ktoś z niej wychodził to od razu stawał na jej końcu. Osoby, które nie miały sił załatwiały swoje potrzeby wprost z krawędzi statku. To między innymi było przyczyną wypadnięcia za burtę wielu dzieci i starszych osób. W końcu po 24 godzinach dopłynęliśmy do Pahlawi w Iranie. Barka nie mogła dopłynąć do samego brzegu, więc wysyłano po nas małe łodzie. Iran: Na brzegu przygotowano dla nas małe zasłony chroniące przed słońcem. Wszyscy byli tak zmęczeni, że szybko zasypiali na piasku. Gdy się obudziłam okazało się, że z niewiadomych powodów straciłam wzrok. Przez trzy miesiące z moich oczu sączyła się wydzielina i strasznie bolały mnie oczy. Tą chorobą zaraziła się również mama i moje siostry. Wszyscy nazywali to egipską chorobą. Później zachorowałyśmy na dyzenterię, która jest chorobą jelit. W obozie była opieka lekarska oraz wystarczająca ilość posiłków z kotłów wojskowych. Gdy zrobiło się zimno wojsko postawiło namioty. Przebywałyśmy tam przez trzy miesiące. W Teheranie również przebywałyśmy przez kilka miesięcy. W naszym osiedlu były długie baraki, w których spało się na pryczach. Każdemu przydzielano do spania po dwie deski. W celu zapewnienia większej izolacyjności baraki zostały obudowane cegłami. Pożywienia w obozie było pod dostatkiem. Żywność rozdawano z kotłów wojskowych, chociaż w obozie przebywali tylko cywile. Powoli zaczęto organizować również szkolnictwo. Po powstaniu w naszym osiedlu szkoły zapisałyśmy się z siostrą do pierwszej klasy gimnazjum. Naszymi nauczycielami były osoby po uniwersytecie lwowskim oraz krakowskim. W Teheranie wstąpiłam również z siostrą do żeńskiej drużyny harcerskiej im. Tadeusza Kościuszki. Prestiż harcerstwa wśród młodzieży był na tyle duży, że większość wstąpiła do tworzącej się organizacji. Początki były trudne, gdyż brakowało kompetentnych instruktorów. Nie było jeszcze mundurków i zbiórek tylko zapisy, pierwsze zebrania oraz dużo zapału i chęci. Już w trakcie podróży statkiem do Karaczi nasza drużyna pełniła ważne zadanie. Harcerki ćwiczyły codziennie ewentualną ewakuację mając za zadanie pomoc pozostałej ludności w przypadku zagrożenia niemieckiego. Każda grupa osób była przyporządkowana do określonej szalupy. Podobne zadania stawiano przed naszą drużyną przy kolejnych etapach ewakuacji. Z Teheranu zawieziono nas do Ahwazu na granicy iracko-irańskiej, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w namiotach. Panowały tam straszne upały. Tam dopiero zaczęliśmy jeść przy stołach trzy razy dziennie. Przebywałyśmy tam dwa miesiące spędzając również Wielkanoc 1943 r. Pociągiem towarowym dotarłyśmy do portu Korramszahr nad Zatoką Perską. Tam wsiedliśmy na polski statek Kościuszko, którym przez dziesięć dni płynęłyśmy w konwoju do Karaczi. Cały czas obawialiśmy się o nasze życie, bowiem transporty morskie w Zatoce Perskiej i na Oceanie Indyjskim narażone były na ataki niemieckich i japońskich łodzi podwodnych”.

dyskutuj
comments powered by Disqus