other stories
April 1940

Wspomnienia Kazimierza Ziajki, lata 1922 - 1942

Michał Paluch

Wprowadzenie Kazimierz Ziajka wspomina swoje dzieje po blisko 90 latach od dnia narodzin, opisanych na pierwszych stronach tej prostej i niezwykle szczerej analizy własnego życia. Rozciąga się ono na czasy II Rzeczypospolitej, poprzez pierwsze miesiące okupacji niemieckiej, sowieckiej, okres spędzony w Kazachstanie, ważne momenty ukończenia szkoły podchorążych w Palestynie, maturę w Anglii i studia w PRL-u. Szerszym komentarzem objęte są wspomnienia miesięcy spędzonych na froncie włoskim, jak i losy powojenne. I tak jak z ust wszystkich żołnierzy zwycięskiej Polskiej Armii na Zachodzie, niósł się echem hymn narodowy, los nie wszystkim dał możliwość powrotu „z ziemi włoskiej do Polski.” Autor mierzy się z patosem i narodowym patriotyzmem bardzo racjonalnie. We wspomnieniach Kazimierza Ziajki, a może bardziej gdzieś między ich wierszami wciąż maszeruje Człowiek. I choć przywdziewa różne szaty, jakże barwnie oddające tę część historii- z błyskiem kilku orderów, poszarpanym od kuli mundurem czy też w butach filcowych, tych na rosyjskie mrozy… - ten Człowiek tęskni, a względem dramatu wojny pozostaje nagi. I nawet jeśli obnażenie tej rzeczywistości nie jest w słowach Autora aż tak dosłowne, to nie trudno odczytać myśl, że o niezwykłości życia w dużej mierze decyduje zwykłe szczęście. Wspomnieniami i bogactwem swojego życia Kazimierz Ziajka dzieli się bezpośrednio, hojnie obdarowując kolejne pokolenia wartościami życia rodzinnego, ciężkiej pracy w każdych warunkach i życiowej pokory, którą, jak poznajemy, nabywa się wraz z doświadczeniem. Michał Paluch, wnuk PS Kochany Dziadku! Zabrałeś mnie na wzgórza Cassino i 593, do domku doktora, na pierwszą linię frontu. Pamiętam krzyże polskie i róże w Loreto. Pamiętam Twoich przyjaciół siedzących razem przy stole, w rozmowach o Polsce wolnej i trudnej. Popatrz Dziadku i Czytelniku ile w relacji z przeszłości mieści się tych międzyludzkich. Nie wszystko zapisałeś we wspomnieniach, ale swoim postępowaniem nam przekazujesz. I to też jest zachowane jakby dalej - w sztafecie pokoleń, których zadaniem jest wartości przekazać, zachowując życie… Dlatego tak bardzo nalegałem, abyś uwiecznił swe doświadczenia. Piszesz o pragnieniu założenia rodziny, o tęsknocie do domu, której wyrazem stała się cała ta książka. A jaki trudny jest świat Twojego pokolenia i ile wyrzeczeń stanęło na twojej drodze do bycia Dziadkiem(!). Ostatnio zabierasz mnie w jeszcze jedno miejsce i znowu za rękę, pod górę i ponownie jakby na froncie - tym razem choroby i cierpienia. I nadal odważnie czuwasz, nad drugim Człowiekiem - może już na ostatnim posterunku życia. I chyba to jest w Tobie najpiękniejsze, że stając się bohaterem własnej biografii, pokazujesz, że w życiu oprócz nakazów rozumu trzeba też wykonać rozkazy płynące z własnego serca… Lata 1922 - 1939 Urodziłem się w dniu 6 grudnia 1922 roku w miasteczku Rymanów, położonym na Podkarpaciu w rejonie Przełęczy Dukielskiej. Prawa miejskie Rymanów otrzymał w drugiej połowie XIV wieku. Od XV stulecia rozwijało się tu rzemiosło oraz handel z Węgrami – szczególnie winem, bydłem i końmi. Ślady gospodarczego znaczenia Rymanowa, który podupadł w XVII wieku obserwowałem w latach 30 – tych XX wieku. W każdy poniedziałek rynek wypełniał się różnego rodzaju kramami, na których rozłożone były towary wytwarzane w warsztatach miejscowych rzemieślników oraz produkty uzyskane w gospodarstwach rolnych okolicznych wiosek. Na rynku można było zaopatrzyć się również w drewno opałowe, którego dostawcami byli w większości Łemkowie, zamieszkujący pobliskie wsie Beskidu Niskiego Karpat. W przedstawionych wyżej ramowo warunkach, charakterystycznych dla życia mieszkańców Podkarpacia, egzystowały od pokoleń rodziny moich przodków. Rodzina Sołtysików, z której wywodziła się matka Jadwiga, zajmowała się wyprawą surowych skór baranich, z których szyła kożuchy, zbywane na targach i jarmarkach w Rymanowie oraz w innych okolicznych miejscowościach. Ojciec Józef, podobnie jak dziadek Ignacy Ziajka wykonywał zawody bednarza i murarza. Uzupełnieniem źródeł dochodów ze sprzedaży produktów wytworzonych i usług świadczonych w ramach działalności rzemieślniczych moich dziadków – Sołtysików i Ziajków były efekty uprawy małych kilkumorgowych powierzchni ziemi. W ramach tych karłowatych gospodarstw hodowano jedną lub dwie krowy oraz jedną świnię dla wzbogacenia świątecznych jadłospisów. W tej atmosferze podkarpackiego miasteczka rodzice moi zabiegali, jak tylko mogli, o stworzenie możliwości znośnych warunków życia, adekwatnych do ówcześnie panujących stosunków społeczno–gospodarczych w okolicach Rymanowa. W zmaganiach o utrzymanie określonego poziomu rodzinnego życia usiłowały pomagać rodzicom dzieci. Pomoc ta polegała na wykonywaniu pomocniczych prac porządkowych. Jako najstarszy syn już przed dziesiątym rokiem życia pasłem krowę na pastwisku zlokalizowanym poza miastem. Próbowałem również pomagać ojcu w piłowaniu pni dębu i jodły na klepki, stanowiące półfabrykaty do produkcji beczek, w których kiszono kapustę, cebrzyki, stanowiące pojemniki na wodę i karmę dla zwierząt oraz wanienki do kąpieli niemowląt. Przed ukończeniem przeze mnie 11 roku życia zmarł ojciec – głowa rodziny. Przez siedem miesięcy matka i czworo dzieci skazane były na słuchanie jęków ojca, których nasilenie starano się łagodzić podawaniem zaleconych przez lekarza czopków morfinowych. Po siedmiu miesiącach ciężkiej choroby nowotworowej, 45–letni tata odszedł na zawsze 26 listopada 1933 roku. Zostaliśmy sami, nie znajdując odpowiedzi na zasadnicze pytanie. Jak nie w pełni sprawna matka o słabej kondycji fizycznej, obarczona obowiązkiem wychowania czwórki dzieci, będzie mogła przezwyciężać trudności życia codziennego? Odpowiedzi na to pytanie udzieliła rodzina zarówno ze strony ojca jak i matki. Stryjkowie uradzili, że sfinansują moją edukację w szkole średniej, ciocia Kasia – siostra ojca, a równocześnie przyjaciółka mamy wyraziła chęć przejęcia obowiązku dalszego wychowania najstarszej siostry Zosi. Ciocia była bezdzietną wdową, mieszkającą w Radziechowie, mieście rodzinnym jej zmarłego męża. Babcia Józefa Sołtysikowa zleciła mieszkającym z nią synom Bolkowi i Jankowi opiekę nad naszym karłowatym gospodarstwem. We wspólnych robotach polowych brałem udział również ja pod kierownictwem wujka Janka – najmłodszego brata mamy. Po ukończeniu 6 klasy szkoły podstawowej w 1935 roku zdałem egzamin wstępny do gimnazjum w Sanoku, gdzie jednak nauki nie podjąłem. Zgodnie bowiemz umowami wewnętrznymi Ziajków i Sołtysików wyjechałem do Brodów. Dyrektorem tamtejszego gimnazjum był wujek Władek – najstarszy brat mamy. Zostałem przyjęty do Państwowego Gimnazjum i Liceum imienia Józefa Korzeniowskiego i zakwaterowany w bursie (rodzaj internatu) obsługiwanej w zakresie robót gospodarczych przez siostry zakonne „Służebniczki”. Prefektem był ksiądz Malik. Pensjonariuszami bursy byli uczniowie klas gimnazjalnych i licealnych pochodzący z rodzin zamieszkałych w okolicznych wsiach i miasteczkach. Z reguły koledzy zakwaterowani w bursie i poddani obowiązującym rygorom wychowawczym w zbiorowym życiu społecznym należeli do uczniów, którym nauka nie sprawiała specjalnych trudności. Dzięki temu należeli w swoich klasach szkolnych do uczniów ocenianych w stosowanej wówczas skali dobrze lub bardzo dobrze. Na uwagę zasługuje fakt obowiązywania w organizacji zbiorowego życia „bursaków” bezwzględnego przestrzegania dyscypliny narzuconej przez hierarchiczną zależność młodszych kolegów od ich starszych współtowarzyszy codziennej egzystencji. Zjawiskiem charakterystycznym dla opisywanego okresu było udzielanie lekcji uczniom niższych klas szkoły średniej, nie osiągającym pozytywnych ocen z określonych przedmiotów nauczania, przez ich starszych kolegów. Korepetytorami uczniów pochodzących z bogatszych rodzin byliz reguły „bursacy” typowani do tych zajęć przez księdza prefekta w oparciu o składane prośby zainteresowanych rodziców. W gronie korepetytorów, upoważnionych do udzielania lekcji młodszym kolegom znalazłem się w 1937 roku po ukończeniu drugiej klasy gimnazjalnej. W tym czasie pomagałem młodszemu koledze uzupełnić braki w opanowaniu wiedzy, przewidzianej programem szkolnym, powstałe na skutek długotrwałej jego choroby. Satysfakcja osiągnięcia tego skutku mojego debiutanckiego występu w charakterze korepetytora została wzmocniona uzyskaniem pierwszego pieniężnego dochodu. Ucieszyłem się bardzo z możliwości posłania pięciu złotych mamie dla zasilenia jej skromnego budżetu domowego.W miesiącu czerwcu 1939 roku otrzymałem świadectwo ukończenia czwartej klasy ogólnokształcącego gimnazjum, upoważniające mnie do edukacji w liceum o wybranym przez siebie kierunku dalszego kształcenia. Nadzieja na kontynuowanie wykształcenia średniego po wakacjach w nowym roku szkolnym 1939/40 pozostała niestety tylko nadzieją. W dniu 1 września 1939 wybuchła bowiem II Wojna Światowa, która ukształtowała dalsze losy mojego życia w sposób absolutnie nieprzewidywalny.Pierwszą niespodzianką w dniu rozpoczęcia wspomnianej zawieruchy wojennej był przelot na niskim pułapie nad moją głową trzech samolotów niemieckich, które w pierwszej chwili wydały mi się być samolotami polskimi, wykonującymi lot ćwiczebny w ramach zapowiadanych wcześniej próbnych alarmów lotniczych.Niestety rozpoznanie czarnych krzyży na kadłubach statków powietrznych wroga uświadomiło mi fakt nadejścia wydarzeń, na które w atmosferze napięcia i obawy przed najbliższą przyszłością mieszkańcy Rymanowa i całej Polski czekali z niepokojem. Napływające wiadomości medialne o rozwoju działań wojennych nie łagodziły niestety obaw przed szybkim „zalewem” ziem polskich przez uzbrojoną po zęby armię niemiecką. Dla absolwentów gimnazjum ogólnokształcącego wspomniane złowrogie wieści były wręcz niemożliwe do ich świadomego przyjęcia. Wychowany w atmosferze romantycznego patriotyzmu nie dopuszczałem nawet myśli o możliwości szybkiego rozbicia siły militarnej umiłowanej Ojczyzny. Niestety gotowość poniesienia ofiary życia przez obywateli zdolnych do noszenia broni nie dawała żadnych szans naszym siłom zbrojnym w zahamowaniu zwycięskiego pochodu Wehrmachtu. Prysły zatem młodzieńcze marzenia o potędze państwa polskiego, ubogaconego siłą bezgranicznego patriotyzmu jego obywateli. Zawiedzione marzenia wynikały przede wszystkim z uzyskanej w szkole wiedzy i otrzymanego w niej wychowania. Niebagatelną rolę w wychowaniu patriotycznym młodzieży odgrywały też rodzina, kościół i organizacje poza szkolne. Nic więc dziwnego, że kiedy „Polskie Radio” ogłosiło wezwanie mężczyzn w wieku od 17 roku życia, zdolnych podjąć służbę wojskową do opuszczenia swoich domostw i udania się na Wschód, gdzie kompetentne władze miały zorganizować linie obrony na rzece Bug, polskie drogi zapełniły się furmankami i pieszymi uchodzącymi przed naporem nieprzyjacielskich wojsk. W gronie tych uchodźców znalazłem się po tygodniu trwania wojny. W ciągu nocy z siódmego na ósmego września 1939 roku wraz z wujkiem Jankiem Sołtysikiem przebyliśmy pieszo drogę z Rymanowa do Chyrowa. W czasie tej wędrówki towarzyszyły nam odgłosy wybuchów pocisków armatnich, świadczące o walkach toczących się w okolicach Rymanowa. W Chyrowie spotkaliśmy furmankę należącą do magistratu miasta Rymanowa, na której opuścili miasto jego Burmistrz i Sekretarz Rady Miejskiej. Burmistrzem był kuzyn mojej mamy po kądzieli Sapecki Bronisław – emerytowany policjant. Okoliczność tę wykorzystał oczywiście wujek Janek i dzięki temu, po przeżyciu dość intensywnego bombardowania Chyrowa mogliśmy odbyć dalszą podróż do Sambora względnie wygodnym pojazdem konnym. Proboszczem parafii rzymsko katolickiej w Samborze był mój stryjek Michał Ziajka. Skorzystałem więc z możliwo-ści odwiedzenia brata mojego ojca i poszedłem na probostwo. Tam spotkałem rodzinę państwa Stidlów – właścicieli restauracji z Rymanowa, rzemieślników i przyjaciół mojej mamy. W Samborze rozstałem się z dotychczasowym towarzyszem „wędrówki” - wujkiem Jankiem, który pozostał ze swoim kuzynem Sapeckim i członkami zarządu gminy Rymanów. W sytuacji widocznych skutków bombardowania Sambora, którego dworzec kolejowy płonął, a nad miastem unosi-ła się łuna ognia, pozostanie u stryjka byłoby nonsensem. Przyjęcie zatem mnie przez rodzinę państwa Stidlów do swojego grona było jakąś nadzieją na uniknięcie spotkania z armią niemiecką. Wyruszyliśmy zatem natychmiast nocą na wschód, sądząc naiwnie, że tam możemy odnaleźć możliwość zatrzymania się wśród własnych żołnierzy, którym być może udało się w jakiś, graniczący z cudem, sposób zatrzymać zwycięski pochód wroga. Z Tą iskierką nadziei, jadąc nocami, dotarliśmy do miasteczka Podchajce – miejsca zwycięskiej bitwy pod wodzą hetmana i później Króla Polski Jana Sobieskiego, z przeważającymi siłami tatarsko-kozackimi w 1667 roku. Niestety tym razem miejscowość ta była jedynie punktem obserwacyjnym, z którego mogliśmy z żalem obserwować przemarsz oddziałów Armii Polskiej do Rumunii. Po niedługim pobycie w wymienionym powyżej historycznym mieście, przeżyliśmy fakt wkroczenia oddziałów Armii Czerwonej na tereny II Rzeczpospolitej Polskiej. Oglądałem z bliska tryumfalny wjazd żołnierzy radzieckich na „ziemie polskich panów” z uczuciem troski o dalsze losy uwielbianej Ojczyzny. Okazało się, że wspomniane uczucie troski o niepewną przyszłość było w pełni uzasadnione. W nocy z 17 na 18 września 1939 roku rozległy się bowiem strzały z broni małokalibrowej, których nasilenie kwalifikowało je do intensywnej strzelaniny, budującej powszechny strach i niepewność zdezorientowanych mieszkańców Podhajec. Miejscem mojego nocnego wypoczynku był drewniany barak, którego ściany zbudowane z cienkich desek nie mogły skutecznie chronić przed przelotem wystrzelonych z niezidentyfikowanych stanowisk pocisków karabinowych. Świsty pocisków przelatujących nad głowami uchodźców spędzających noc w ekstremalnie prymitywnych warunkach (deski pokryte słomą) wywoływały w nas odruchy obronne, polegające na irracjonalnym usiłowaniu wciskania się w twarde słomiane posłanie. Niestety dotychczas nie udało mi się odgadnąć tajemnicy opisanej nocnej strzelaniny. Jedynie dowiedzieliśmy się nieoficjalnie rano 18 września 1939 roku, że zginęła kobieta, która z ciekawości wychyliła się przez okno w czasie trwania tajemniczego nocnego incydentu. Obwieszczono nam zamiast informacji o przyczynie wszczęcia niebezpiecznej strzelaniny, że do czasu przywrócenia bezpieczeństwa na drogach nikt nie może opuszczać miasta. Musieliśmy więc czekać na możliwość wyjazdu z Podhajec w kierunku Lwowa, o ile dobrze pamiętam, do końca miesiąca września 1939 roku. Po zniesieniu zakazu poruszania się po drogach regionu, zajętego przez armię radziecką, opuściliśmy Podhajce, udając się pojazdem konnym w kierunku Lwowa. Mieliśmy nadzieję, że zostaniemy przepuszczeni przez władze okupacyjne na tereny zajęte przez Niemców. Możliwość taka istniała na „przejściu granicznym” w Przemyślu, gdzie dokonywane były okresowo przerzuty uchodźców na zachodni brzeg Sanu. O spełnienie nadziei na powrót do Rymanowa starali się państwo Stidlowie. Mój powrót do Rymanowa nie był natomiast w tym czasie posunięciem racjonalnym. Nie dawał mi bowiem żadnych szans na możliwość kontynuowania nauki na średnim poziomie edukacji ogólnej. W swojej wczesnomłodzieńczej naiwności łudziłem się nadzieją, że taka możliwość może zaistnieć w Brodach, w miejscu dotychczasowej edukacji w szkole średniej. Po przebyciu do Lwowa, na dworcu kolejowym, dowiedziałem się, że może być uruchomiony jeden kurs na dobę pociągu osobowego w kierunku Brodów. Nie miałem więc żadnej wątpliwości, jaką podjąć decyzję. Podziękowałem więc państwu Stidlom za towarzystwo i postanowiłem czekać na dworcu do momentu podstawienia pociągu, którym można by odbyć podróż do Brodów. Niestety, podstawienia takiego pociągu na odpowiednim peronie nie doczekałem się. Podstawiony natomiast został pociąg, który miał odbyć kurs na trasie łączącej Lwów z Radziechowem. W Radziechowie mieszkała ciocia Kasia Rossowa, (siostra mojego ojca) której wychowanicą była moja siostra Zosia. Nie zastanawiając się długo postanowiłem zmienić pierwotny swój zamiar i wsiadłem do pociągu, który zawiózł mnie do Radziechowa. Wysiadłem w godzinach wieczornych na stacji kolejowej nieznanego mi miasta. Zapytałem pierwszego napotkanego mężczyznę o ulicę Podgaj. Ku mojemu niewyobrażalnemu zdumieniu, mężczyzną tym był mój kuzyn Bolek Skoczyński, który na zadane pytanie wydał spontaniczny okrzyk „Kazik ?”. W mieszkaniu cioci Kasi oprócz stałych jego mieszkanek tj. cioci Kasi i mojej siostry Zosi, spotkałem uchodźców z Rymanowa. Byli nimi kuzyni: Ignac Ziajka, Adam Skoczyński - brat Bolka i Kazik Kilar - kuzyn mojej mamy. Po kilku dniach pobytu w Radziechowie, Ignac Ziajka i Kazik Kilar postanowili wracać w rodzinne strony. Z nimi wyjechałem do Lwowa, gdzie nasze drogi się rozeszły. Ja udałem się do Brodów pociągiem osobowym, a oni do Przemyśla z zamiarem przekroczenia „granicznego” Sanu i powrotu do Rymanowa. Po przyjeździe do Brodów wydawało mi się, że osiągnąłem wreszcie cel, do którego dążyłem, tzn. możliwość kontynuowania rozpoczętej przeze mnie nauki w miejscowej szkole średniej. Władza radziecka głosiła bowiem, że niesie kaganek oświaty dla wszystkich, którzy jej pragną. Oczywiście oświatę niesiono w sposób właściwy dla radzieckiego systemu nauczania. Nasze męskie gimnazjum i liceum przemianowano na koedukacyjną 11-latkę z ukraińskim językiem wykładowym. Koedukacyjną 11-latkę z wykładowym językiem polskim powołano natomiast do życia w miejsce przedwojennego żeńskiego gimnazjum i liceum w Brodach. Lata 1940-1942 Naukę w 10 klasie pobierałem, według programu władz radzieckich, do miesiąca kwietnia 1940 roku. Niestety okres ten nie był czasem bezwzględnego spokoju - niezbędnego warunku zapewnienia uczniom beztroskiej edukacji. Utrwalanie władzy radzieckiej polegało między innymi na realizacji przedsięwzięć zabezpieczających państwo ludu pracującego przed ewentualnym buntem jego wrogów. Jednym z widocznych przejawów zapewnienia bezpieczeństwa ZSRR przed możliwością chronienia ewentualnych buntowników przez miejscową ludność, było przesiedlenie leśniczych, gajowych i innych pracowników leśnych z ich stałych miejsc zamieszkania, do północnych regionów ZSRR. Ta przesiedleńcza operacja miała miejsce w dniu 10.2.1940 roku. Pamiętam sznur furmanek ciągnących ulicami Brodów w kierunku dworca kolejowego, wypełnionych przymusowymi przesiedleńcami. Wśród nich byli mężczyźni, młodzieńcy, kobiety, dziewczęta i niemowlęta. Oglądany na żywo obraz przewożonych ludzi w czasie 40 stopniowego mrozu na otwartych pojazdach konnych, musiał zrobić na świadkach tej gehenny trudne do opisania wrażenia. Nie miałem jeszcze wówczas wiedzy na temat możliwości wzajemnego zadawania niewyobrażalnych cierpień przez ludzi wplątanych w niegodziwości totalnej wojny między zantagonizowanymi narodami. Niestety nie musiałem długo czekać na doznanie ze strony władz radzieckich dalszych represji w stosunku do rodzin polskich uczestniczących aktywnie z życiu społeczno-gospodarczym drugiej Rzeczypospolitej w latach 1918 - 1939. Do tych rodzin zaliczono oczywiście m.in. rodzinę mojego wujka Władka, do której wówczas należałem. W ciągu pierwszego mroźnego dnia 1940 roku musieliśmy opuścić mieszkanie dyrektora gimnazjum i przenieść się z całym dobytkiem do wyszukanego w nerwowej atmosferze mieszkania na obrzeżach miasta. Oczywiście warunki codziennego bytowania 5 osobowej rodziny w ciasnym, niesamodzielnym mieszkaniu były nieporównywalnie trudniejsze od dotychczasowych. Nie pozostawało to bez wpływu na nasze samopoczucie psychiczne. Żyliśmy w atmosferze niepewności jutra. Niepewność ta była niestety wzmacniana wieściami o aresztowaniach wśród granatowych policjantów - stróżów prawa przedwojennej Polski, urzędników polskiej administracji państwowej, nauczycieli oraz pracowników sądownictwa. W tej atmosferze zostaliśmy porażeni wiadomością o aresztowaniu wujka Władka. W opisanej beznadziejnej sytuacji, zatrudniłem się w przedsiębiorstwie budowlanym. Pracowałem jeden dzień - 12.4.1040 roku. Dalsze moje zatrudnienie zostało przerwane wywiezieniem nas razem z rodzinami aresztowanych oficerów - jeńców wojennych.W dniu 13.04.1940 roku zamiast stawić się w przedsiębiorstwie na posterunku pracy, zająłem przymusowe miejsce w wagonie towarowym na stacji kolejowej w Brodach. Około godz. 5 rano wspomnianego dnia do pomieszczeń w których spały 3 starsze panie (ciocia Stefa i jej 2 siostry) oraz ja, wtargnęli funkcjonariusze służby bezpieczeństwa radzieckiego (NKWD) i budząc nas bezceremonialnie, stanowczo oświadczyli, że mamy określony (niedługi) czas na spakowanie podręcznych rzeczy codziennego użytku i zajęcie miejsca w samochodzie ciężarowym. Tym samochodem zawieźli nas na bocznicę kolejową, gdzie stał pociąg, w którym mieli być przewiezieni do nowego miejsca przymusowego osiedlenia „wybrani obywatele miasta Brody”. Miejscem tym okazał się być Kazachstan. (Sewierokazachstańska Obłast). „Podróż” w wagonie towarowym „dostosowanym „do przewozu ludzi trwała ponad 2 tygodnie. W czasie tej podróży spaliśmy na pryczach zbitych z desek - po dwóch stronach wagonu. Potrzeby fizjologiczne za-łatwialiśmy w otworze podłogi wagonu. W czasie załatwiania intymnych potrzeb fizjologicznych - rodziny osłaniały korzystających z tzw. „paraszy” kocami lub innymi płachtami. Wśród pasażerów naszego wagonu były m.in. żony oficerów polskich przebywających w obozach jenieckich w Kozielsku i Starobielsku. Martwiły się przerwaniem łączności z mężami.Listy wracały do nadawczyń z adnotacją, że adresat „ubył”. (wyjechał). Po latach okazało się, że oficerowie, z którymi rodziny nie mogły wznowić korespondencyjnego kontaktu zostali zamordowani na terenie ZSRR (Las Katyński, Miednoje i inne miejsca kaźni). Nieświadomi losu swoich najbliższych w obozach jenieckich, więzieniach i obozach pracy, stłoczeni w wagonach towarowych - jechaliśmy w nieznane, łudząc się nadzieją na uzyskanie możliwości nawiązania lub wznowienia listownej łączności z mężami, ojcami i innymi krewnymi w nowym miejscu stałego pobytu. W Swierdłowsku - mieście obwodowym Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, położonym w środkowej części Uralu zdarzył się niecodzienny wypadek. Oficer NKWD, odpowiedzialny za nasz transport, rzucił się pod manewrującą na stacji lokomotywę, tracąc życie na miejscu. Po opuszczeniu Świerdłowska, byliśmy przekonani, że naszym nowym miejscem pobytu będzie Azja. Przewidywania te zostały spełnione w ostatnich dniach kwietnia 1940 roku. W tym bowiem czasie nasz pociąg zatrzymał się na stacji Tajncza, w północno-kazachstańskim obwodzie, którego stolicą był Petropawłowsk, położony nad rzeką Iszyn, dopływem Irtyszu. Po opuszczeniu pociągu czekaliśmy pod gołym niebem (na szczęście pogoda była słoneczna) na przyjazd kołchozowych ciężarówek, przy pomocy których rozwożono nas do miejsc przeznaczenia. Dotychczasowi mieszkańcy Brodów zostali osiedleni we wsi Bolszoj Izjum odległej od miejscowości Tajncza o 24 km w kierunku południowym. Nieopodal miejsca naszego pobytu na ziemi kazachskiej znajdował się przystanek przy linii kolejowej Pietropawłowsk - Akmolińsk (Celinograd - Karaganda) wykorzystywanej poza słabym ruchem osobowym do intensywnego przewozu węgla kamiennego, uzyskiwanego w kopalniach Karagandskiego Zagłębia Węglowego. Nieznaczna część mieszkańców wsi Bolszoj Izjum była zatrudniona na kolei. Podstawowym jednak zajęciem tubylców była praca w rolniczej spółdzielni pracy (Kołchozie), gospodarującej na kilkusethektarowym areale urodzajnej ziemi uprawnej (czarnoziem). W 1938 roku, według relacji tubylców, był bardzo duży urodzaj ziarna pszenicy. Dzięki temu kołchoźnicy, po przekazaniu władzom państwowym obowiązkowej dostawy, nadmiar pszenicy mogli pozostawić dla użytku własnego. W związku z tym powszechnie stosowaną metodą przechowywania obfitych zapasów ziarna pszenicznego było wykorzystywanie do tego celu izb mieszkalnych.Zgromadzone w 1938 roku zapasy były wykorzystywane przez ich właścicieli przez cały 1939 rok i część roku 1940. Na bazarze pud (16 kg) ziarna pszenicznego w maju 1940 roku kosztował 8 rubli. Wobec braku urodzaju, który pozwalałby zrealizować obowiązkowe dostawy płodów rolnych na rzecz państwa, udział kołchoźników w podziale plonów uzyskanych w 1940 roku był zerowy. Jesienią 1940 roku cena pszenicy wzrosła do 150 rubli za 1 pud i stanowiła 1875% ceny z maja tego samego roku. W tych zewnętrznych warunkach codziennego życia tzw. przesiedleńcy zostali zakwaterowani w pomieszczeniach mieszkalnych kołchoźników, którzy z nakazu władz musieli odpowiednio ograniczyć dotychczas użytkowaną przez siebie powierzchnię mieszkaniową. Nasza 5 osobowa rodzina otrzymała przydział 1 izby w chacie zbudowanej z gliny zmieszanej ze słomą. Osobami zaliczanymi do rodziny wujka Władka Sołtysika, która skazana była na wegetację w dalekim Kazachstanie były: wujenka (ciocia) Stefa 58 lat, jej starsza siostra Maria - (ciocia Mania) 60 lat, młodsza siostra Hela - 54 lata, synowa Stanisława z Bednarowskich - (Stasia, w 5 miesiącu ciąży), żona aresztowanego Kazimierza i ja (siostrzeniec wujka Władka, przebywającego wówczas w miejscu odosobnienia na terenie ZSSR) - Kazimierz Ziajka – niespełna 18 letni młodzieniec. W tej sytuacji uświadomiłem sobie, że skończył się definitywnie w moim życiu okres dzieciństwa i wczesnej młodości. Znalazłem się bowiem w warunkach, determinujących świadomość do odpowiedzialności za dalsze losy mojego życia. Zrozumiałem, że warunkiem skutecznego rozwiązywania problemów codziennego bytowania w określonym środowisku jest poznanie zwyczajów ludzi z nim związanych. Pierwszą próbą rekonesansu stosunków społeczno-gospodarczych „Bolszego Izjuma” była przechadzka między domostwami wsi w celu rozeznania możliwości zaopatrzenia rodziny w podstawowe artykuły spożywcze. Przypadek sprawił, że trafiłem do domu kowala, w którym gospodyni Dusia biesiadowała z sąsiadką w wesołym nastroju. Kobiety przyjęły mnie jako mile widzianego gościa przy biesiadnym stole. Oczywiście zaproszenie przyjąłem - z nadzieją łatwego zakupu masła, artykułu deficytowego. Za nim jednak zakup ten został zrealizowany - zmuszony zostałem do wypicia szklaneczki alkoholu (czystego spirytusu) na okoliczność bliższego poznania naszych życiowych losów. Przy okazji poznałem reakcję mojego organizmu na nieświadome spożycie określonej dawki czystego spirytusu. Moc alkoholu spowodowała na moment unieruchomienie moich organów oddychania, w wyniku czego znalazłem się przez chwilę w stanie ogólnego osłupienia. Na szczęście po niedługim czasie doszedłem do równowagi fizycznej i psychicznej, dzięki czemu mogłem zaskarbić sobie przychylność gospodyni w dalszym zaopatrywaniu mnie w podstawowe artykuły spożywcze. System socjalistycznej produkcji rolnej był ograniczony przepisami. Oparty był bowiem na państwowej i formalnie spółdzielczej formie własności środków produkcji. Zgodnie więc z ogólnie rozpowszechnianymiw mediach i obowiązującymi aktami prawnymi ZSRR hasłem „kto nie pracuje ten nie je” - wszyscy członkowie Kraju Rad powinni mieć możliwość spełnienia obowiązku pracy dla dobra Socjalistycznej Ojczyzny. W tej sytuacji pojęcie bezrobocia w gospodarce radzieckiej nie istniało. W związku z tym wszyscy przesiedleni w 1940 r. Polacy, uznani za zdolnych do wykonywania pracy na rzecz miejscowego kołchozu zostali jego najemnymi pracownikami. Z nadzieją na zabezpieczenie możliwych, w istniejących nowych warunkach, potrzeb dla utrzymania elementarnego poziomu biologicznego codziennego życia, dołączyłem wraz z towarzyszami niedoli do grona wspomnianych już pracowników kolektywnego gospodarstwa rolnego (kołchozu). Praca na roli w małym gospodarstwie nie była dla mnie czymś nieznanym. Pamiętałem, jak polscy rolnicy starali się wykorzystywać stan pogody w różnych porach roku i dnia dla terminowego zebrania jak najlepszej jakości płodów rolnych. Z reguły dzień pracy właściciela karłowatego gospodarstwa rolnego w okresach sianokosów i żniw zaczynał się o świcie, a kończył o zmroku. Mając w pamięci przedstawiony wyżej zarys obrazu dnia pracy polskiego rolnika, czekałem z niecierpliwością na możliwość poznania organizacji pracy przy uprawie żyznej ziemi kazachskiej w dużych gospodarstwach spółdzielczych (kołchozach) i państwowych (sowchozach). Niebawem moja ciekawość została zaspokojona. Po zgłoszeniu się w biurze zarządu kołchozu, przyjęto mnie do grona robotników najemnych jednej z trzech brygad kołchozu - ”Krasnyj Oktriabr”, które dysponowały określonym inwentarzem (żywym i martwym) i były odpowiedzialne za uprawę przydzielonego im areału ziemi (stepu), z reguły oddalonego od zabudowań wsi Balszoj Izium o kilka, a nawet kilkanaście kilometrów. Każdego dnia w godzinach rannych brygadziści objeżdżali domostwa kołchoźników, przypominając członkom i robotnikom spółdzielni o obowiązku stawienia się w bazie brygady. Stamtąd z trudem skompletowane ekipy robotnicze wyjeżdżały na wspomniany już step do sianokosów, żniw i innych prac polowych. Po przyjeździe na miejsce wykonywania określonych prac, związanych z uprawą roli bądź zbieraniem plonów, brygadzista wyznaczał zadania dla branżowo właściwych zespołów zobowiązanych do wykonania przewidzianych na dany dzień robót. Niestety, u kołchoźników i robotników rolnych nie było dużego zaangażowania w terminową realizację dziennych zadań. W czasie żniw przyjeżdżaliśmy w rejon zbioru pszenicy na stepie około godziny 11 - tej przed południem. Prace, związane bezpośrednio z koszeniem zboża, zaczynały się z reguły około 12 - tej w południe i trwały do momentu kiedy kucharka oznajmiła żniwiarzom, że obiad jest gotowy. Z reguły przerwa obiadowa trwała 2 godziny. Po „odpoczynku” poobiednim wracaliśmy do pracy. Należy podkreślić, że na miejscu prac polowych odbywało się młócenie i ważenie skoszonego zboża. Uzyskane czyste ziarno pszenicy transportowano furmankami w niedostatecznie szczelnych skrzyniach do magazynów, zlokalizowanych we wspomnianej już stacji kolejowej Tajncza. Zdarzały się przypadki braku wolnej zadaszonej powierzchni magazynowej, co zmuszało przewoźników do wysypywania dostarczonego ziarna na otwartą przestrzeń podwórza elewatora (magazynu). Obserwowane marnotrawstwo nie mogło nie odbić się negatywnie na zdolności płatniczej kołchozu, który nie uzyskał niezbędnych rozmiarów plonów dla uregulowania zobowiązań wobec państwa i członków spółdzielni (kołchozów) oraz najemnych robotników. Za wypracowane w 1940 roku tzw. „trudodni” nie otrzymaliśmy nawet źdźbła słomy. (Trudodzień to bezgotówkowa jednostka rozliczeniowa za wykonanie określonego rodzaju prac na rzecz kołchozu). Wprawdzie wieści o słabej kondycji finansowej naszego pracodawcy (kołchozu) krążyły wśród członków spółdzielni jeszcze przed ostatecznym rozliczeniem rocznych wyników jej działalności gospodarczej, to nikt z zatrudnionych pracowników nie wyobrażał sobie jednak, by jego praca nie była w jakikolwiek sposób opłacona. Niestety, rzeczywistość pokazała, że niewyobrażalne zjawiska mogą przybrać przedstawiony wyżej koszmarny, realny kształt. Należy zauważyć, że jako robotnik zatrudniony w Kołchozie „Krasnyj Oktriabr”, byłem delegowany do pracy w lesie odległym od mojego ówczesnego miejsca zamieszkania o około 100 kilometrów. Zadaniem naszej ekipy roboczej było ścięcie pni określonych gatunków drzew i przygotowanie ich do przewiezienia na teren nabywcy zakupionego drewna (kołchozu „Krasnyj Oktriabr). W czasie kilkunastodniowego pobytu na terenie tamtejszej leśniczówki poznałem fragmenty kultury ludowej Kazachów. Szczególnie utkwił mi w pamięci obraz leżących obok siebie na podłodze zamieszkałej izby, członków rodziny leśniczego. Nie widziałem tam takich popularnych u nas mebli jak łóżka, krzesła czy stoły. Po powrocie do wsi „Balszoj Izium” zastałem rodzinę powiększoną o nowego obywatela. Był nim Jerzy Sołtysik, syn Kazimierza i Stanisławy z Bednarowskich, urodzony na ziemi kazachskiej z dala od swojego aresztowanego Ojca, w otoczeniu czterech kobiet, tj. matki-Stanisławy, babci-Stefani Sołtysikowej oraz jej sióstr - Marii i Heli. Rolę łóżka porodowego, jak poinformowały mnie wymienione kobiety, spełniały odpowiednio poukładane walizki. Okres od miesiąca sierpnia 1940 roku do przedwiośnia 1941 roku pozostał w mojej pamięci jako czas standardowych zajęć w kołchozie, wykonywanych na stepie w atmosferze pełnej obaw o możliwość przetrwania zimy, charakterystycznej dla typowego klimatu kontynentalnego. Obawy te były całkowicie uzasadnione, bowiem zima zawitała do naszego regionu już w miesiącu październiku 1940 roku, nie licząc się z tym, że nie zdołano w odpowiednim czasie skosić 150 hektarów pszenicy, zasianej przez pracowników Spółdzielni Pracy „Krasnyj Oktiabr”. Nie liczyła się również ta „groźna pani” z nami - przesiedleńcami, dla których słowo „buran” (śnieżna burza) było pojęciem nieznanym i trudno wyobrażalnym. Był to bowiem obfity opad śniegu, który przy silnym, wręcz huraganowym wietrze oraz czterdziestostopniowym mrozie ograniczał widoczność nawet do kilkunastu centymetrów. W tym stanie rzeczy dochodziło często do utraty orientacji mieszkańców „Bolszego Iziumu” w znanym sobie terenie, co oczywiście stwarzało możliwość śmiertelnego wychłodzenia organizmów zbłąkanych wędrowców. W kilku znanych mi przypadkach, możliwość taka stała się faktem. Opisane wyżej burze śnieżne występowały okresowo. Niemniej, to charakterystyczne dla północnego Kazachstanu zjawisko atmosferyczne wpływało deprymująco na jego mieszkańców odczuwających swoją bezsilność w zapobieganiu niszczącemu działaniu sił przyrody. Należy przy tym zauważyć, że głównym paliwem, stosowanym do ogrzewania izb mieszkalnych była słoma. Istotną rolę odgrywało w tym zakresie również zebrane na stepie, wysuszone łajno bydlęce oraz sprasowany ze słomą obornik. Uzupełnieniem przedstawionej powyżej struktury stosowanych materiałów grzewczych była stwardniała, sucha trawa stepowa, ręcznie zbierana i przenoszona z trudem na plecach zbieraczy do domów, celem wzbogacenia zapasów materiałów opałowych na zimę. Jak już wspomniałem, zima 1940/1941r. Była groźna, a słomy nie otrzymaliśmy. Nic więc dziwnego, że musieliśmy zdobywać opał w sposób nie zawsze legalny. Uważaliśmy bowiem, że kołchoz, który nie uregulował swojego zobowiązania z tytułu wykonywanej na jego rzecz pracy jest naszym dłużnikiem i w związku z tym nie mieliśmy wyrzutów sumienia przy zaopatrywaniu się w opał (obornik zmieszany ze słomą) pod osłoną nocy, z zapasów naszego pracodawcy-kołchozu. Surowe warunki życia zmuszały do przystosowania się do ich wymogów. Brak dochodów finansowych z pracy rąk, wymuszał na rodzinach polskich, przymusowych przesiedleńców zajęcie się tzw. handlem wymiennym. Posiadane używane artykuły odzieżowe zamieniano na produkty żywnościowe. Należy przy tym zaznaczyć, że nie odczuwaliśmy zdecydowanej niechęci ze strony pojedynczych osób miejscowej społeczności. W kontaktach, związanych z ewentualnymi zakupami lub wymianą handlową nazywano mnie „Kuźmą” (polski Kazimierz). Niebagatelnym wsparciem naszej rodziny były paczki żywnościowe przesyłane przez moje kuzynostwo - małżeństwo Dziunka i Stefanii Sołtysików, którym udało się uniknąć losu matki i teściowej oraz krewnych z nimi zamieszkujących oraz żony kuzyna Kazimierza Sołtysika (brata Dziunka) - Stasi z Bednarowskich. Wegetując w warunkach obcych mieszkańcom Europy, dotrwaliśmy do przedwiośnia 1941 roku. * * * Znikały powoli z powierzchni ziemi zaspy śnieżne, sięgające niejednokrotnie dachów miejscowych chat-lepianek. Moc promieni słonecznych sprawiła, że przyroda szybko budziła się z długotrwałego snu zimowego. Powstały zatem warunki dla podjęcia pracy zarobkowej. Zostałem więc ładowaczem piasku na wagony kolejowe, uzyskiwanego z pokładów odnośnej kopalni odkrywkowej, która w języku tubylców nosiła nazwę „bałasnyj kanier”. Kopalnia położona była w odległości około 4 kilometrów od mojego ówczesnego miejsca zamieszkania w „Bolszom Iziumie”. Zatrudnienie przy ładowaniu ręcznym piasku na 60ciotonowe wagony trwało niedługo. Praca ta bowiem miała charakter sezonowy. Po zakończeniu pracy w kopalni piasku zostałem zatrudniony w przedsiębiorstwie budownictwa kolejowego w Tajnczy, odległej od „Balszowo Iziumu” o około 25 kilometrów. Dla załatwienia formalności związanych z zatrudnieniem mnie w charakterze pomocnika murarza, musiałem pokonać tę odległość pieszo.Na ogół pracownicy zatrudnieni przy budowie parowozowni zakwaterowani byli w barakach ustawionych w okolicy prowadzonych prac budowlanych. Oczywiście byłem jednym z mieszkańców tych pomieszczeń. Zakres moich prac, w odpowiednich zespołach roboczych, jako pomocnika murarzy obejmował: Rękopis str. 34 1) przygotowanie zaprawy murarskiej i dostarczenie jej na stanowiska pracy określonego murarza-posługując się ręcznymi „nosiłkami”; 2) dostarczenie murarzom cegły w ilościach zabezpieczających ciągłość ich pracy (transport bez użycia urządzeń mechanicznych); 3) rozładowywanie ręczne wagonów kolejowych, na których przewożone były różne materiały budowlane (cegły, piasek, wapno palone, itp.). Do rozładowywania wagonów używano robotników niezależnie od pory dnia i nocy. Zmorą dla mnie i innych robotników zakwaterowanych w barakach, ustawionych na terenie budowy, była praca przy wyładowywaniu wapna palonego z krytych wagonów kolejowych. Brak jakichkolwiek urządzeń chroniących oczy i drogi oddechowe pracujących w krytym wagonie robotników przed szkodliwym działaniem unoszącego się pyłu tlenku wapnia (wapna palonego) utrudniał, a nawet wręcz uniemożliwiał zachowanie ciągłości pracy przez dłuższy czas. Nic więc dziwnego, że my-młodzi robotnicy, staraliśmy się dowiedzieć o terminie nadejścia dostawy omawianego surowca. Po udanym wywiadzie o spodziewanym nadejściu wagonów z wapnem palonym w określonych godzinach nocnych, opuszczaliśmy barak, obserwując z ukrycia proces rozładunku szkodliwego dla zdrowia surowca. Kilka razy udało mi się w ten sposób uniknąć nocnej pracy w kontakcie z niebezpiecznym związkiem chemicznym. W czerwcu 1941 roku wybuchła wojna między III Niemiecką Rzeszą a Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Wielka Brytania stanęła po stronie Związku Radzieckiego, a to umożliwiło zawarcie układu o wznowieniu stosunków dyplomatycznych między Rzeczpospolitą Polską a ZSRR. Układ ten został zawarty w dnia 30.07.1941 roku. W imieniu Rządu Rzeczpospolitej Polskiej na Emigracji swój podpis na nim złożył Premier Rady Ministrów Władysław Sikorski, a w imieniu ZSRR - ambasador ZSRR w Wlk. Brytanii - Iwan Majski. Na mocy tego układu obywatele polscy przebywający na terenie ZSRR w charakterze więźniów, łagiewników, jeńców wojennych i przesiedleńców, uzyskali wolność. Mogli zatem wstępować do tworzącej się Armii Polskiej w ZSRR – w pierwszym rzucie nad Wołgą w miejscowościach Buzułuk, Tockoje, Tatisznewo (w okresie 08.1941-01.1942), w drugim rzucie w Uzbekistanie, z siedzibą sztabu generalnego w mieście Jangi Jul w czasie od 01.1942 do 03.1942 roku. Po dotarciu do mnie wiadomości o zawarciu wspomnianego wyżej układu, postanowiłem zostać żołnierzem. Nie zdradzając otoczeniu mojego postanowienia, przystąpiłem do przygotowania realizacji zaplanowanego przedsięwzięcia. Wobec nieregularnego kursowania pociągów osobowych, uświadomiłem sobie, że zamierzona podróż do miejscowości, w których formowana była w pierwszym rzucie Armia Polska w ZSRR, nie będzie łatwa. Trzeba było bowiem liczyć się z trudnościami związanymi ze wzmożonym kolejowym ruchem pasażerskim w okresie wędrówek ludzi zwolnionych z miejsc ich dotychczasowego odosobnienia. Należy przy tym zaznaczyć, że pojęcie bufetów dworcowych było w ZSRR abstrakcją. Napojem możliwym do zdobycia w czasie podróży, poza wódką, był tzw. „kipiatok” (wrzątek), który w połączeniu z nienasmarowanym chlebem stanowił generalnie jedyny rodzaj posiłku w czasie odbywanej podróży. Niestety chleb należał do artykułów trudno dostępnych, co każdy przyszły pasażer radzieckich kolei powinien był brać pod uwagę przy przygotowywaniu się do zamierzonej podróży. Świadom przedstawionych wyżej warunków podróżowania przystąpiłem do gromadzenia zapasów suszonego chleba, pozyskiwanego z zaoszczędzonych resztek tego pieczywa, przydzielanego robotnikom przedsiębiorstwa na kartki w ilości, o ile dobrze pamiętam, 800 gramów na osobę dziennie. Przypadkowo udało mi się za 5 złotych polskich – przedwojennych, zdobyć 2 kilogramy chleba poza oficjalnym przydziałem. Dzięki temu mogłem zgromadzić zapasy sucharów chlebowych w ilości niezbędnej, wg mojego szacunku, na zaspokojenie ewentualnego głodu w czasie podróży przez okres 5 - 6 dni. Zgromadzone zapasy zapakowałem do jutowego worka, przystosowanego do pełnienia funkcji plecaka i zarzuciwszy go na plecy udałem się pieszo do Bolszego Izjumu w czasie trwania względnie łagodnej zadymki śnieżnej i kilkunastostopniowego mrozu. W przeddzień wyruszenia w odważną tajemniczą podróż pobrałem z kasy przedsiębiorstwa gotówkę należną mi za wykonana pracę w ostatnim okresie rozliczeniowym. Po przybyciu do Bolszego Izjumu i pożegnaniu się z rodziną z którą dzieliłem przez okres 2,5 lat los przymusowego przesiedleńca, wyruszyłem z miejscowego przystanku kolejowego w podróż do rejonu formowania Armii Polskiej w ZSRR. W pierwszych dniach stycznia 1942 roku znalazłem się na dworcu kolejowym w Petropawłowsku - stolicy obwodu Północno-kazachstańskiego (Sewierokazachstanskoj Obłast). Hala dworcowa była wypełniona podróżnymi, oczekującymi na możliwość zakupu biletów do miejscowości stanowiących cel ich podróży. Nie ukrywam, że widok ten mnie przeraził. Mimo to stanąłem w kolejce do kasy z nadzieją na doznanie szczęścia zakupienia biletu umożliwiającego mi dalszą podróż do Buzułuku. Niestety po 3 dobach oczekiwania na spełnienie tej nadziei zacząłem się niepokoić o przyszłe losy mej podróży. Zapasy sucharów nieubłaganie malały, a możliwości zakupienia biletu dla urzeczywistnienia mojego marzenia znalezienia się wśród żołnierzy organizowanej Armii Polskiej nie wzrastały. W tym zdawać by się mogło beznadziejnym położeniu, zabłysła nagle iskierka nadziei wyjścia z zaistniałego kryzysu. Wśród tłumu podróżnych zauważyłem bowiem kilka osób w mundurach Armii Polskiej. Nie zastanawiając się długo podszedłem do nich. Okazało się, że był to zespół składający się z 2 oficerów i ochotniczki Pomocniczej Służby Kobiet, konwojujący grupę junaków (chłopców poniżej 18-go roku życia) z Akmolińska do obozu opiekuńczego przy sztabie Armii Polskiej w ZSRR. Mimo że 6 grudnia 1941 roku ukończyłem 19 lat i nie kwalifikowałem się formalnie do grona konwojowanych junaków, odważyłem się prosić oficerów o włączenie mnie do grupy chłopców znajdujących się pod ich opieką. Umożliwiło mi to dotarcie do Tockoje, leżącym na trasie marszruty prowadzonego przez nich konwoju. Na tę moją prośbę nie otrzymałem niestety natychmiastowej pozytywnej odpowiedzi. Oznajmiono mi jedynie, że jako ludzie odpowiedzialni za konwój muszą przewidzieć możliwość zwiększenia liczebności konwojowanej grupy chłopców, bez wywoływania niepożądanych, negatywnych dla nich skutków. Nie tracąc nadziei, zmuszony byłem zatem cierpliwie, aczkolwiek w pełnym, nerwowym napięciu, czekać na wynik narady zespołu, od którego decyzji zależał los mojej dalszej podróży. Po chwili, która wydawała się wiecznością, pan porucznik oznajmił mi radosną wiadomość, że zostałem przyjęty do konwojowanej grupy junaków. Poczułem się więc członkiem zespołu, który mógł bez przeszkód odbyć podróż do celu, uzgodnionego z władzami wojskowymi ZSRR. Po upływie paru dni od momentu przyjęcia mnie do omawianej grupy junaków, znalazłem się na stacji kolejowej Tockoje. Tu, szef konwoju przekazał mnie przedstawicielom Szóstej Lwowskiej Dywizji Piechoty - jako kandydata, ubiegającego się o przyjęcie do polskiego wojska. Wymieniona wyżej jednostka wojskowa dała mi schronienie na okres przygotowań do jej przemieszczenia na teren Uzbeckiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (południe ZSRR). Zakwaterowano mnie w baraku, gdzie spędziłem kilka bardzo mroźnych dni i nocy z umundurowanymi żołnierzami. O poziomie temperatury w baraku, w którym spędziłem określony wyżej czas może świadczyć fakt przymarzania wierzchniego nakrycia śpiących tu osób do ścian pomieszczenia, stanowiącego miejsce ich nocnego wypoczynku. Po kilku dniach pobytu w Tockoje, w charakterze podopiecznego Oddziału Szóstej Lwowskiej Dywizji Piechoty, wyjechałem wraz z wymienioną jednostką wojskową na południe ZSRR do Uzbeckiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Tam, w miejscowości „Guzar” zostałem przekazany przez dotychczasowych moich opiekunów administracji „punktu zbornego” kandydatów na żołnierzy „Ośrodka Organizacji Armii”. Po zarejestrowaniu mnie w odnośnej księdze ewidencyjnej czekałem kilka dni i nocy pod gołym niebem na wiadomość o uzyskaniu przydziału do Wileńskiego Oddziału Rozpoznawczego. Do miejsca postoju tej jednostki, odległego o kilka kilometrów od „punktu zbornego” przeszedłem w zorganizowanej grupie pod kierunkiem podoficera. Tu zostaliśmy zakwaterowani w namiotach, wyposażonych jedynie w legowiska, usytuowane na ziemi przykrytej kocami. Spaliśmy obok siebie pokotem, narażeni na zainfekowanie tyfusem plamistym – chorobą przenoszoną przez wszy ubraniowe. Insekty te „nawiedziły” mnie w czasie opisanej wcześniej mojej wędrówki z Bolszego Iziumu do Izbekistanu i w samej Uzbeckiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Należy zaznaczyć, że epidemia duru plamistego (tyfusu) siała trudne do opisania spustoszenie w skupiskach ludzkich. Jednym z dziennych zajęć w czasie mojego pobytu w Guzarze, w charakterze rekruta Wileńskiego Oddziału Rozpoznawczego było oczyszczanie odzieży z roznoszących zarazki tyfusu plamistego wszy. Niezależnie od tych prymitywnych zabiegów higienicznych, łącznie z wykorzystywaniem tzw.„woszobojek” (komór o wysokiej temperaturze, w której miały ginąć groźne insekty), epidemia tyfusu święciła triumfy. Co parę dni ktoś z naszego skoszarowanego zespołu gorączkował i na skutek tego odchodził do szpitala polowego, skąd z reguły już nie wracał. Wśród tych nieszczęśników spędzałem dni i noce w oczekiwaniu na swoją „kolejkę”. Na szczęście, z przyczyn dla mnie niepojętych, choroba mnie ominęła, mimo, że na pewno moja krew wyżywiła niejedną wesz ubraniową. W tych warunkach egzystowałem do czasu, kiedy zgodnie z rozkazem władz wojskowych, Wileński Oddział Rozpoznawczy został przeniesiony do Krasnowodzka nad Morzem Kaspijskim, skąd przetransportowano nas do irańskiego portu Pahlavi, leżącego na przeciwległym brzegu wymienionego morza. Niestety, tej morskiej podróży nie można było zaliczyć do luksusowych. Kilka tysięcy osób, stłoczonych na otwartym pokładzie statku, zmuszonych było przez dobę załatwiać swoje podstawowe potrzeby fizjologiczne na zewnątrz statku, trzymając się burty. Ponadto brakowało wody pitnej, której pragnienie, po zjedzeniu przydziałowej porcji słonych śledzi, było trudne do ugaszenia. Na szczęście podróż w tych ”oryginalnych” warunkach nie trwała długo. Po 24 godzinach od chwili opuszczenia Krasnowodzka, wylądowaliśmy na brudnej plaży w Pahlavi. Plaża ta została przez nas nazwana brudną, bo lądowali na niej ludzie z kraju dotkniętego epidemią groźnej choroby zakaźnej, zahamowanie której było możliwe jedynie przez przeprowadzenie gruntownej dezynfekcji wszystkiego, co mogło uniemożliwić insektom dalsze rozprzestrzenianie zarazków tyfusu. Podczas oczekiwania na przemarsz do łaźni, byliśmy nękani przez irańskich handlarzy propozycjami kupna daktyli (świeżych i prasowanych) za części składowe naszego różnorodnego, przeznaczonego na spalenie „umundurowania”. Ta swoista wymiana handlowa umożliwiła mi poznanie smaku prasowanych daktyli, których spożycie w nadmiernych ilościach poskutkowało długotrwałym rozstrojem żołądka. Z „brudnej plaży” przeszliśmy zwartym szykiem do łaźni. U jej wejścia pozostawiliśmy wszystko, co mieliśmy na sobie, łącznie z butami. Ostrzyżeni i gruntownie wyszorowani otrzymaliśmy nową bieliznę i całkowite umundurowanie, zgodnie ze standardami obowiązującymi w armii angielskiej. Łaźnię opuściliśmy specjalnym wyjściem, udając się na tzw. czystą plażę. Tu otrzymaliśmy wojskowy suchy prowiant, którego jednym ze składników była słona margaryna kuchenna. W swojej naiwności uznałem ją za masło wyprodukowane z mleka krowiego. Mimo wyraźnej różnicy w smaku początkowo ją tolerowałem. Odbiło się to trochę później na funkcjonowaniu mojego przewodu pokarmowego, który negatywnie reagował na widok prasowanych daktyli i margaryny. Z portu Pahlavi znad Morza Kaspijskiego przewieziono nas samochodami przedsiębiorców irańskich do Teheranu, a następnie do Ahwazu - portu nad rzeką Korun. Pobyt w Ahwazie utkwił w mojej pamięci jako niezapomniana przygoda, związana z leczeniem potwornej biegunki wódką o swojskiej nazwie „żubrówka”. W swojej młodzieńczej naiwności, myślałem, że wypicie dwóch ćwierćlitrowych butelek ułatwi mi powrót do normalnego funkcjonowania. Niestety takie myślenie pozbawione było jakichkolwiek podstaw. Zgodnie bowiem z prawami natury, alkohol spożyty w nadmiarze, działa na organizm ludzki negatywnie, doprowadzając nawet czasem do utraty przytomności. Tak właśnie było ze mną. Upojony alkoholem, leżałem pod namiotem, narażony na silne działanie wiosennych promieni południowego słońca. Po paru godzinach głębokiego snu, oprzytomniałem na tyle, że mogłem przenieść się do namiotu, gdzie pogrążony w głębokim śnie, doczekałem ranka dnia następnego. Na poranną pobudkę zareagowałem zgodnie z wymogami obowiązującej dyscypliny wojskowej, nie budząc podejrzeń szefa o mojej niedyspozycji fizycznej. Siłą woli, mimo ogólnego osłabienia, udało mi się z pomocą kolegów, skutecznie zamarkować zdolność do wymarszu z moja jednostką do portu, celem odbycia dłuższej podróży do Palestyny przez Zatokę Perską, Zatokę Ardeńską i Morze Czerwone. W Palestynie wylądowaliśmy w kwietniu 1942 roku. Tu nastąpiła generalna reorganizacja jednostek z terenu Związku Radzieckiego. Większość żołnierzy zasiliła stan liczebny Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, która po jej wycofaniu spod Tobruku w północnej Afryce, została przekształcona w dniu 3 maja 1942 roku w 3 Dywizję Strzelców Karpackich pod dowództwem Generała Stanisława Kopańskiego. Dywizja ta wchodziła w skład utworzonej w drugiej połowie 1941 roku polskiej armii na Bliskim Wschodzie, której dowództwo, do czasu przybycia uzupełnień ze Związku Radzieckiego mieściło się w Kairze. W kwietniu 1942 roku siedzibę wymienionego wyżej dowództwa, przeniesiono do miasta Rechowot w Palestynie. Rejon tego miasta był miejscem postoju mojej nowej jednostki organizacyjnej, którą była 4 kompania 9 Batalionu 3 Brygady, 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Kwaterowaliśmy w namiotach, uczestnicząc w codziennych zajęciach, przygotowujących nas do sprawnej służby wojskowej na zapleczu oddziałów uczestniczących w bezpośrednich starciach z wrogiem, a następnie do spotkania z wojenną rzeczywistością w walce z nieprzyjacielem na pierwszej linii bojowego frontu. W tym czasie żołnierze, którzy nie posiadali dowodu swego ponadpodstawowego wykształcenia, mogli je zweryfikować w Polskim Ogólnokształcącym Gimnazjum i Liceum w Tel-Aviwie. Szkoła była utrzymywana przez Polski Rząd Emigracyjny w Londynie. Po uzyskaniu tej wiadomości, uznałem za celowe wykorzystanie powstałej okazji do uzyskania formalnego dokumentu, potwierdzającego posiadaną wiedzę z zakresu czterech klas gimnazjalnych tzw. nowego typu. Należy przy tym zaznaczyć, że w latach 1935-1939 w polskim systemie ogólnego średniego wykształcenia funkcjonowały 2 ostatnie klasy ośmioletniego gimnazjum starego typu, 4 klasy gimnazjum nowego typu oraz 2 klasy liceum. Dzień, w którym poddałem się egzaminowi, sprawdzającemu poziom mojego przedwojennego wykształcenia, utkwił mi w pamięci nie tylko ze względu na uzyskanie odpowiedniego zaświadczenia, ale też z uwagi na tragedię, jaka wydarzyła się w tym czasie w ówczesnym miejscu postoju mojej kompanii, w czasie przygotowywania jej do wymarszu na ćwiczenia. Przedmiotem tych ćwiczeń miało być zapoznanie żołnierzy z konstrukcją, działaniem i sposobem posługiwania się ręcznym granatem bojowym w bezpośrednim starciu z wrogiem na polu walki. Szkolenie w tym zakresie miało się oczywiście odbyć przy użyciu granatów nieuzbrojonych w zapalniki materiału wybuchowego. Należało zatem zachować wszelkie środki ostrożności i dokładnie sprawdzić każdy granat przeznaczony do ćwiczeń, celem uzyskania absolutnej pewności, że wśród egzemplarzy, które znajdą się w posiadaniu szkolonych żołnierzy nie ma przypadkiem uzbrojonej w zapalnik omawianej broni ręcznej. Niestety, wśród granatów udostępnionych żołnierzom na placu manewrowym kompanii, znalazł się egzemplarz uzbrojony. Otrzymał go jedenz najmłodszych żołnierzy, którego ciekawość poznania broni była wyjątkowo duża. W wyniku tej niepohamowanej ciekawości, żołnierz ten odbezpieczył granat tuż przed wezwaniem szefa kompanii do uformowania się jej w trójszereg.Nieświadomy niebezpieczeństwa posiadacz śmiercionośnego granatu włożył go do kieszeni munduru, stając posłusznie w nakazanym szyku. W tej sytuacji nastąpił wybuch, który pozbawił życia niedoświadczonego i ciekawego tajników groźnej broni żołnierza, a także kilku kolegów, znajdujących się w polu rażenia odłamków granatu. Przedstawiony wyżej przebieg tragicznego zdarzenia zrelacjonowałem na podstawie opowieści kolegów - bezpośrednich świadków śmierci kilku naszych towarzyszy broni. O tym trudnym do wyobrażenia wypadku z dala od bezpośrednich starć bojowych z wrogiem, zostałem poinformowany w atmosferze ogólnego przygnębienia, bezpośrednio po powrocie z Tel - Aviwu, gdzie zweryfikowano moją wiedzę z zakresu czterech klas gimnazjalnych („małej matury”). Na wieść o zaistniałym nieszczęściu, nie powstrzymałem się w myślach od refleksji, że gdybym był w tym dniu obecny na codziennych zajęciach kompanii, mógłbym zostać jedną ze śmiertelnych ofiar opisanego incydentu.Niespodziewana śmierć kolegów, pochowanych w ziemi palestyńskiej na cmentarzu w mieście Rechowot, uświadomiła nam, młodym wiekiem i stażem służby żołnierzom, że broń wojskowa nie jest zabawką, którą można się bezkarnie zabawiać. Nieprofesjonalnie użyta może bowiem wywołać nieoczekiwane tragiczne skutki. Nic więc dziwnego, że obowiązek permanentnego pogłębiania teoretycznej i praktycznej wiedzy o bezpiecznym posługiwaniu się ręczną bronią bojową na poligonach ćwiczebnych nie był dla nas trudnym do zniesienia ciężarem. Chociaż ciężar ćwiczeń polowych znosiliśmy bez narzekań, to twierdzenie, że nie wyciskały one z nas ostatnich potów nie byłoby prawdziwe. Kierowano się bowiem hasłem „im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi na polu bitwy”. W czasie, gdy żołnierze 3 Dywizji Strzelców Karpackich szkolili się na poligonach Palestyny, polskie koła polityczne prowadziły pertraktacje w sprawie ewakuacji z terenów ZSRR stacjonujących tam jednostek Armii Polskiej. Zostały one uwieńczone powodzeniem, m.in. dzięki interwencjom rządów Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.Należy zaznaczyć, że użyciem polskich jednostek wojskowych na Środkowym Wschodzie zainteresowany był szczególnie Rząd Jego Królewskiej Mości Zjednoczonego Królestwa Wielkiej. Brytanii. Zamiarem władz brytyjskich było bowiem zorganizowanie odwodu swoich sił zbrojnych stacjonujących na terenie Iraku dla zabezpieczenia tamtejszych pól naftowych przed ewentualnym atakiem wroga. Po przeprowadzeniu drugiej ewakuacji jednostek wojskowych Armii Polskiej w ZSRR i przemieszczeniu Armii Polskiej na Środkowym Wschodzie z Palestyny do Iraku, powstała Armia Polska na Wschodzie, która stanowiła wspomniany już odwód brytyjskich sił zbrojnych, zabezpieczających tamtejsze pola naftowe na irackim obszarze operacyjnym. Równocześnie z powstaniem Armii Polskiej na Wschodzie, stacjonującej w północno-wschodnim Iraku w rejonach Chanakin, Kizil-Rabat i Mosul, skład 3 Dywizji Strzelców Karpackich ograniczono do dwóch brygad piechoty. W wyniku tej reorganizacji mój 9 batalion zasilił skład 4 batalionu 2 Brygady Strzelców Karpackich i innych jednostek Armii Polskiej na Wschodzie. O tym, że rejony, w których stacjonowały jednostki naszej armii były przygotowane do działań operacyjnych w obronie tamtejszych pól naftowych, świadczyły liczne rowy przeciw czołgowe, tworzące gęstą sieć zapór dla broni pancernej wroga. Ponadto w rejonie Mosulu funkcjonował wojskowy szpital podziemny, obsługiwany przez Hindusów. W tej właśnie okolicy stacjonował nasz 4-ty Batalion, wchodzący w skład 2-giej Brygady, stanowiącej część składową 3-ciej Dywizji Strzelców Karpackich. Tutaj doskonaliliśmy swoje umiejętności wojskowe na ćwiczeniach polowych, których celem było przygotowanie nas do walk z wrogiem w różnych warunkach terenowych i pogodowych, o różnych porach dnia i nocy. Z tego okresu zapamiętałem epizodyczne zdarzenie, jakie miało miejsce w czasie jednego z nocnych ćwiczeń bojowych. Ćwiczyliśmy wówczas technikę ataku na pozycje wroga, który broniąc się, oświetlał teren natarcia pociskami sygnalizacyjnymi, wystrzeliwanymi z ręcznych rakietnic. Nacierający byli zatem zmuszeni padać na ziemię przed rozerwaniem się pocisków sygnalizacyjnych w powietrzu i natychmiastowego zrywania się do biegu celem maksymalnego skrócenia dystansu, dzielącego atakujących od broniącego się nieprzyjaciela.W pewnym momencie opisywanych ćwiczeń, wykonując obowiązek ograniczenia widoczności swojej sylwetki w czasie oświetlenia terenu przez wroga, padłem nieświadomie na skraju głębokiego rowu przeciwczołgowego. Tuż po zniknięciu oświetlenia terenu, ruszyłem z całym impetem do przodu, wpadając w niezauważoną pułapkę przeciwczołgową. Na moment straciłem przytomność, ale szybko się pozbierałem, mimo odczuwanych skutków ogólnego potłuczenia. Niestety, nie było mi dane przeżyć momentu wtargnięcia na pozycje obronne ze zwycięskim okrzykiem ”hurra!!!”. Poza ćwiczeniami bojowymi doskonaliliśmy również swoje umiejętności wojskowe i odporność psychiczną w służbie wartowniczej, organizowanej na posterunkach, chroniących mienie naszych jednostek organizacyjnych. Należy przy tym zauważyć, że w czasie stacjonowania naszej armii w Iraku, szerzyły się wśród żołnierzy choroby tropikalne, szczególnie malaria, która szczęśliwie mnie ominęła. W czerwcu 1943 roku Armia Polska na Wschodzie była inspekcjonowana przez Naczelnego Wodza - gen. Władysława Sikorskiego, który po obserwacji naszych ćwiczeń bojowych i w przewidywaniu rychłego udziału polskich jednostek wojskowych w akcjach bojowych na frontach wojennych Europy, nakazał wyodrębnienie z Armii Polskiej na Wschodzie - 2 Korpusu Polskiego. W skład tego korpusu miały wejść 3 Dywizja Strzelców Karpackich, 5 Kresowa Dywizja Piechoty, 2 Samodzielna Brygada Czołgów (Pancerna) oraz grupa artylerii i poza dywizyjne różne oddziały wojsk i służb. Niestety, ten zamiar Naczelnego Wodza, nie został formalnie udokumentowany. W drodze powrotnej do Londynu gen. Sikorski zginął bowiem w katastrofie lotniczej na wodach Cieśniny Gibraltarskiej w dniu 4.07.1943 roku. Śmierć ta została uczczona w moim batalionie mszą świętą i skromnym wspomnieniem niezaprzeczalnych zasług Generała dla Polski Walczącej. Wśród żołnierzy zapanował szczery nastrój przygnębienia i troski o najbliższą naszą przyszłość. Zamiar gen. Sikorskiego wyodrębnienia z Armii Polskiej na Wschodzie 2 Korpusu Polskiego, jako ogólnowojskowego związku organizacyjnego i taktyczno-operacyjnego, został zrealizowany przez gen. Władysława Andersa, który został jego dowódcą w sierpniu 1943 r. W tym czasie nastąpiła również zmiana na stanowisku generała 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Gen. Stanisława Kopańskiego, którego powołano na stanowisko Szefa Sztabu Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, zastąpił Gen. Bronisław Duch. Sformowany w Iraku 2-gi Korpus Polski przesunięty został w miesiącach sierpniu i wrześniu 1943 roku do Palestyny. W Palestynie zostałem skierowany wraz z moim przyjacielem Ludwikiem Bryknerem do Szkoły Podchorążych Piechoty. W szkole tej mieliśmy posiąść teoretyczną i praktyczną wiedzę w zakresie dowodzenia podstawową jednostką operacyjną na szczeblu plutonu, wchodzącego w skład kompanii, stanowiącej jedną czwartą część składową batalionu. Kwalifikacje przyszłych dowódców plutonów w zakresie teorii operacyjnych działań wojennych zdobywaliśmy w salach wykładowych zlokalizowanych w barakach i namiotach obozów wojskowych. Praktyczne umiejętności dowodzenia plutonem na polu walki zbrojnej i w warunkach żołnierskiego życia garnizonowego doskonaliliśmy natomiast na poligonach ćwiczebnych ziemi palestyńskiej. Intensywność szkolenia w opisywanej szkole podchorążych była bardzo duża i trwała, jeśli dobrze zapamiętałem, 6 miesięcy.

dyskutuj
comments powered by Disqus