other stories
December 1943

Wspomnienia Kazimierza Ziajki, lata 1943 - 1947

Michał Paluch

Lata 1943 - 1944 Niejedna kropla potu przyszłych podchorążych wsiąknęła w ziemię, na której pokonywali oni, w określonym z góry czasie, tory przeszkód i ćwiczyli różne warianty rozwiązań taktycznych w pozorowanych walkach ofensywnych i obronnych. Na przełomie lat 1943/1944 każdy z nas, uczestników tych ćwiczeń, zdawał sobie sprawę, że nasz udział w rzeczywistych walkach z wrogiem na froncie włoskim, po otrzymaniu świadectwa ukończenia podchorążówki, stanie się nieuniknionym faktem. W przekonaniu tym utwierdziła nas wiadomość o wysłaniu naszych jednostek macierzystych do Włoch w połowie grudnia 1943 roku. To nasze przekonanie stało się rzeczywistością w kwietniu 1944 roku. Po ukończeniu szkolenia, umożliwiającego nam w przyszłości zdobywanie stopni oficerskich zostaliśmy przemieszczeni drogą morską przez Morze Śródziemne do włoskiego portu Taranto, skąd przetransportowano nas samochodami do miejsca postoju naszych jednostek macierzystych. W 3 dekadzie kwietnia 1944 roku zameldowałem dowódcy swój powrót do kompanii jako kapral podchorąży zdolny do pełnienia służby zgodnie ze swoimi kwalifikacjami. Identyczny meldunek świeżo awansowanemu na stopień kapitana dowódcy 4 kompanii 4 Batalionu Strzelców Karpackich Tadeuszowi Tadarajowi złożył wspomniany już mój przyjaciel, starszy strzelec podchorąży Ludwik Brykner. Obydwaj zostaliśmy przydzieleni do pocztu obronnego dowódcy kompanii, jako obsługa ręcznego karabinu maszynowego. Poza lekkim karabinem maszynowym, uzbrojeniem naszym były karabiny lub automatyczne pistolety maszynowe typu „Thomson” oraz granaty ręczne do walki wręcz z wrogiem. Należy zaznaczyć, że amunicję do wspomnianej broni nosiliśmy w specjalnych metalowych pojemnikach i na bawełnianych taśmach przewieszonych na naszych żołnierskich ramionach. Tak wyekwipowani, jako piesze formacje armii brytyjskiej, zostaliśmy przetransportowani w dniu 11 maja 1944 roku w rejon bezpośrednich walk o Monte Cassino. Podstawowym celem tych działań wojennych na wspomnianym odcinku frontu włoskiego było prze-łamanie niemieckiej blokady w drodze na Rzym. Kluczowym bowiem rejonem taktycznym, panującym bezpośrednio nad liniami komunikacyjnymi, tzw. drogą nr 6 i linią kolejową Neapol - Rzym był masyw górski, wznoszący się nad szerokimi dolinami rzek Rapido i Liri. Masyw ten obejmował wzgórze Monte Cassino (516 m.n.p.m.), wzgórza 593, 575 m.n.p.m., wzgórze San Angelo-601 m.n.p.m., Passo Corno (945 m.n.p.m.) oraz Monte Cairo (1669 m.n.p.m.). Zbudowane na tych wzgórzach umocnienia były najważniejszą częścią silnego niemieckiego systemu obronnego, zbudowanego w poprzek Półwyspu Apenińskiego w celu zamknięcia najkrótszej drogi prowadzącej z południa Włoch do Rzymu wzdłuż doliny rzeki Liri. Należy zauważyć, że wspomniany masyw górski charakteryzował się istnieniem licznych naturalnych pieczar (grot), wąwozów i skalnych urwisk, wykorzystanych przez Niemców do budowy dobrze zamaskowanych schronów i stanowisk bojowych (bunkrów). Wchodziły one w skład linii obronnych, zwanych liniami Gustawa i Hitlera. Podkreślić przy tym należy, że niemieckie stanowiska bojowe usytuowane na wymienionych wzgórzach, otaczających doliny rzek Rapido i Liri wyposażone były w broń małokalibrową, moździerze i działa, z których można było ostrzeliwać nacierających żołnierzy Wojsk Sprzymierzonych z różnych stron świata. Fakt ten wykluczał w zasadzie możliwość skutecznego krycia się nacierających żołnierzy wśród skał zdobywanego terenu. Obrona tego terenu była przez Niemców perfekcyjnie przygotowana. Drugi Korpus Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, wchodzący operacyjnie w skład 8 Armii Brytyjskiej rozpoczął w dniu 11 maja 1944 o godzinie 23:00 historyczną bitwę o Monte Cassino. Bitwa ta zainicjowana została trudną do opisania i wyobrażenia nawałą artyleryjską Wojsk Sprzymierzonych, skierowaną na niemieckie pozycje obronne, zlokalizowane na wspomnianym już masywie górskim Monte Cassino. Zdawać by się mogło, że efektem zmasowanego ostrzału niemieckich linii obronnych, zdobycie ich przez aliantów nie będzie trudne. Niestety nadzieja ta nie spełniła się. Okazało się bowiem, że pociski wystrzeliwane przez artylerię wojsk sprzymierzonych, lecące płaskim torem ponad szczytami gór lub o nie zahaczające, nie mogły zniszczyć niemieckich stanowisk moździerzy rozmieszczonych w wąwozach masywu Monte Cassino. W czasie omawianej nawały artyleryjskiej nie poniosła również – spodziewanych przez aliantów strat, piechota niemiecka obsadzająca stanowiska obronne masywu Monte Cassino. Melchior Wańkowicz w swojej książce” M.C.” tom I, wydanej w Rzymie w 1945 roku wypowiada się na ten temat na stronie 232 następująco: „Piechota niemiecka przeczekała nawałę w schronach niebojowych na przeciwstokach, mając w bojowych schronach tylko obserwatorów. Owe bojowe schrony, pobudowane z głazów, również nie obawiały się artylerii alianckiej (tzn. i polskiej), która nie rozporządzała pociskami z opóźnieniem, pocisk więc, uderzywszy w głaz bunkra eksplodował natychmiast na jego powierzchni, nie przynosząc szkody. W czasie akcji również piechota niemiecka nie mogła mieć strat od naszej artylerii ani w krótkim dobieganiu do stanowisk bojowych (zwłaszcza, że niemal nie strzelaliśmy pociskami rozpryskowymi), a zwłaszcza potem, kiedy celowo wpuściła naszych żołnierzy między bunkry, które w ten sposób zaasekurowały się od naszego ognia. Samolotów też - z powodu bliskich dystansów jednych i drugich, nie można było użyć.” W cytowanej wyżej wypowiedzi korespondenta wojennego, można dopatrywać się podstawowej przyczyny niepowodzenia akcji zbrojnej Wojski Sprzymierzonych (w tym 2 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie), przeprowadzonej w nocy z 11 na 12 maja 1944 roku. W czasie gdy po wspomnianej nawale artyleryjskiej Wojsk Sprzymierzonych, skierowanej na niemieckie umocnienia masywu Monte Cassino, Pierwsza Brygada Strzelców Karpackich i Kresowa 5 Brygada Piechoty szturmowały wzgórza „593” i „Widmo” (niestety ze zmiennym szczęściem), mój macierzysty 4 Batalion Strzelców Karpackich zajmował stanowiska bojowe w wąwozach, graniczących z pierwszą linią frontu 3 Dywizji Strzelców Karpackich. * * * Według uzyskanych przeze mnie po wojnie wiadomości, nasza jednostka miała, po zdobyciu przez 2 Batalion Strzelców Karpackich wzgórza 593, przejść do ataku na wzgórze 569, z zadaniem zdobycia szczytu Monte Cassino. Niestety mimo zaciętych, krwawych walk, okupionych bardzo dużymi stratami w ludziach przez walczące bataliony Pierwszej Brygady Strzelców Karpackich i 5 Kresowej Brygady Piechoty, planowane do zajęcia w pierwszej fazie bitwy tereny nie zostały zdobyte. W tej sytuacji alianckie dowództwo frontu włoskiego, biorąc pod uwagę strategiczne znaczenie walk o odblokowanie drogi na Rzym, postanowiło zaatakować po raz kolejny fortyfikacje niemieckie zwane Linią Gustawa. W czasie gdy jednostki bojowe Wojsk Sprzymierzonych usiłowały sforsować umocnienia niemieckie w masywie „Monte Cassino”, po zmasowanym ataku alianckiej artylerii, mój macierzysty 4 Batalion, wchodzący w skład 2 Brygady Strzelców Karpackich, nękany ogniem artylerii niemieckiej, zajmował pozycje w wąwozach, które miały być pozycjami wyjściowymi do drugiej fazy natarcia, efektem którego w założeniu dowództwa było zdobycie ruin Klasztoru Benedyktynów na Monte Cassino (wzgórze 516 m.n.p.m.) i odblokowanie tym samym drogi na Rzym. Rękopis str. 65 Wobec opisanych już trudności w osiągnięciu przez nasze jednostki bojowe spodziewanych skutków pierwszego natarcia na pozycje niemieckich umocnień obronnych rejonu „Monte Cassino”, przemieszczaliśmy się w nocy z 11 na 12 maja 1944 roku, pod nękającym ogniem nieprzyjacielskich dział i moździerzy, do różnych wąwozów drugiej linii frontu. W końcu, o świcie 12 maja 1944 roku zajęliśmy stanowiska obronne w wąwozie zwanym „Małą Miską” naprzeciw punktu opatrunkowego, nazwanego przez żołnierzy Domkiem Doktora. Okopani w dziurach na południowej ścianie „Małej Miski”, czekaliśmy w napięciu, pod stale nękającym nas ogniem artylerii i moździerzy niemieckich, na moment otrzymania rozkazu zaatakowania niemieckich stanowisk obronnych na wzgórzu 593, głównym bastionie obrony Monte Cassino. W czasie zalegania na pozycjach w „Małej Misce” nie obyło się oczywiście bez strat, które na szczęście nie stanowiły znacznych ubytków w stanie liczebnym naszej kompanii. Przy okazji przedstawiania moich „wojennych przygód”, celowe wydaje się wspomnieć przypadek, jaki przeżył mój wierny przyjaciel Ludwik Brykner, z którym dzieliłem miejsce schronienia w niezbyt głębokiej dziurze na zboczu wspomnianego wyżej wąwozu. Po jednym z kolejnych ostrzałów naszych stanowisk, Ludwik stwierdził rozerwanie lewej, górnej kieszeni letniego, polowego munduru, w której przechowywał książeczkę ewidencyjną wypłaconego żołdu żołnierskiego. Książeczka, zwana paybook, była oczywiście częściowo zniszczona, a na ciele mojego współlokatora stanowiska ochronnego, widniał w okolicy serca niegroźny ślad niewidzialnego lotu odłamka pocisku artyleryjskiego, bądź moździerzowego przelatującego przez nasze prymitywne schronienie polowe. Po pięciu dniach i nocach przeżytych w zobrazowanych powyżej warunkach, nasz 4 Batalion Strzelców Karpackich, na rozkaz zwierzchnich władz wojskowych ruszył w dniu 17 maja 1944 roku do natarcia, którego zadaniem było zdobycie wspomnianego już wcześniej głównego bastionu niemieckiej twierdzy „Monte Cassino” tj. wzgórza 593. Objuczeni akcesoriami pełnego uzbrojenia pieszych formacji Wojsk Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii z trudem pokonywaliśmy górskie ścieżki prowadzące do celu natarcia, którym były niemieckie umocnienia obronne na wzgórzu 593. Zaznaczam, że poza podstawowym uzbrojeniem piechura, dźwigałem na swoich ramionach taśmy z zapasową amunicją do karabinu powtarzalnego i ręcznego karabinu maszynowego oraz granaty kruszące i zapalające do walki wręcz. Amunicje zapasową niosłem również w chlebaku na plecach. Nic więc dziwnego, że zbocze atakowanego wzgórza 593 osiągnąłem w kompletnym fizycznym wyczerpaniu. Przez moment nie reagowałem w ogóle na grożące mi niebezpieczeństwo śmierci ze strony świszczących wokół mnie pocisków wystrzeliwanych w broni małokalibrowej niemieckich obrońców. Zrezygnowany, w stanie całkowitej niemocy byłem literalnie obojętny na dalsze losy mojego pobytu we Włoszech. Po chwili otępienia, na szczęście, wróciła świadomość żołnierskiego obowiązku, w efekcie której ruszyłem w kierunku stanowisk nieprzyjaciela. W tym momencie raniony został w pośladek celowniczy ręcznego karabinu maszynowego, wspomniany już, mój przyjaciel Ludwik Brykner. Okoliczność ta zmusiła mnie do przyjęcia dodatkowego obowiązku celowniczego ręcznego karabinu i w tym charakterze dotarłem na szczyt atakowanego wzgórza 593. Tu znalazłem się przed rozwiniętą koncertiną (rozciągniętą rolką drutu kolczastego o średnicy około 70 centymetrów) na krawędzi urwiska, kończącego się grotą, z której padały na atakujących ręczne granaty rzucane ponad szczytem 593 przez broniących się Niemców. Oczywiście nie pozostawaliśmy im w tym zakresie dłużni, rzucając granaty kruszące zza głazów krawędzi urwiska. W czasie tej walki, w momencie, gdy trzymałem w prawej ręce granat wyciągnięty zza pasa munduru, a palcem wskazującym lewej dłoni usiłowałem wyciągnąć zawleczkę, zabezpieczającą granat przed wybuchem, zostałem ugodzony w klatkę piersiową pociskiem karabinowym wystrzelonym przez niemieckiego strzelca wyborowego. Pocisk wleciał pod moją lewą łopatką, uderzył w kręgosłup i wyleciał z klatki piersiowej pod prawą łopatką, pozostawiając w tym miejscu ranę szarpaną. W chwili mojego ranienia odniosłem początkowo wrażenie przecięcia mojego tułowia na dwie połowy. W tym stanie świadomości straciłem przytomność, a gdy ją odzyskałem zdałem sobie sprawę, że jestem na krawędzi urwiska szczytu wzgórza 593, z którego wycofali się nasi żołnierze na niedużą odległość. W wyniku tego odskoku powstał pas ziemi niczyjej, miedzy terenem zajmowanym przez Niemców, a przestrzenią, nad którą panowali Polacy. Niesprawny ruchowo i odczuwający duże trudności w oddychaniu – szczególnie w czasie leżenia w pozycji horyzontalnej – starałem się ułożyć tułów tak by środkowa część kręgosłupa była podparta na jakimś kamieniu, a całość korpusu mogła przybrać kształt wygiętego ku górze łuku. Należy przy tym podkreślić, że teren „ziemi niczyjej”, na którym leżałem, pozbawiony możliwości jakiejkolwiek obrony, był przez Niemców obrzucany z groty urwiska ręcznymi granatami (handgranaty, osadzone na drewnianym trzonku), których wybuchy raziły drobnymi blaszanymi odłamkami i wytwarzały czarny, gryzący dym. Na dodatek złego, trup naszego żołnierza, celowniczego ręcznego karabinu maszynowego, poległego na szczycie wzgórza 593 w czasie natarcia z nocy 11 na 12 maja 1944 roku, został ostrzelany przez Niemców pociskami zapalającymi, co spowodowało zapalenie się wiszących na jego ramionach taśm z amunicją, która wybuchając stwarzała dla mnie dodatkowe niebezpieczeństwo śmierci. W tym zdawać by się mogło beznadziejnym położeniu zamarzyłem znaleźć się na linii frontu, zajmowanego przez naszych żołnierzy. Dla zrealizowania tego marzenia szukałem różnych sposobów przyjęcia takiej pozycji własnego ciała, która umożliwiłaby mi przejście przez teren „ziemi niczyjej” bez ewentualnych przeszkód, wywołanych trudnościami w zniesieniu bólu, blokującego swobodę oddychania. W wyniku tych poszukiwań skonstatowałem, że jedynym sposobem, możliwym do zastosowania w nadziei dotarcia do wymarzonego celu jest przybranie postawy stojącej. W tym bowiem ułożeniu ciała ból w klatce piersiowej był na tyle znośny, że mogłem względnie swobodnie oddychać i wykonać kilka drobnych kroków w przestrzeni. Usatysfakcjonowany odkryciem możliwości poruszania się i wzmocniony siłą woli postanowiłem ruszyć w kierunku zajętych przez naszych żołnierzy stanowisk. Przemieszczając się z trudem po zboczu wzgórza 593 dotarłem, w trudnym do określenia po latach czasie, do linii frontu naszej jednostki bojowej. Tu sanitariusz udzielił mi pierwszej pomocy i zaprowadził do batalionowego punktu opatrunkowego, mieszczącego się w „Domku Doktora”. Stąd zabrali mnie noszowi i sztafetą przenieśli do przyfrontowej jednostki szpitalnej, obsługiwanej przez Anglików (ang. C.C.S.). W jednostce tej poddany zostałem gruntownym oględzinom lekarskim, w wyniku których podjęto decyzję w sprawie mojej dalszej peregrynacji do wojskowego szpitala w Campobasso. Szpital ten był przystankiem w drodze rannych żołnierzy do szpitali bazowych na dalekim południu Włoch, gdzie prowadzono leczenia regeneracyjne. W Campobasso zatrzymano mnie przez kilka dni, w czasie których stosowano różne zabiegi, celem złagodzenia bólu w klatce piersiowej. Po tych zabiegach odesłano mnie transportem kolejowym do szpitala w miejscowości „Cassamassima”, na południu Włoch. Tutaj nasi polscy lekarze skutecznie pomogli mojemu młodemu organizmowi zregenerować siły w stopniu, umożliwiającym mi osiągniecie w ciągu niespełna dwóch miesięcy zdolności do dalszej służby wojskowej na froncie walk o Ankonę (Port morski na wybrzeżu morza Adriatyckiego). Walki te miały charakter działań pościgowych, prowadzonych przez 2 Korpus Polski wzdłuż wybrzeża adriatyckiego. Jednym z ich zwycięskich etapów było zajęcie Ankony, przy którym niebagatelną rolę odegrał zastosowany przez dowództwo naszego korpusu manewr oskrzydlający niemiecką obronę portu. Po zajęciu Ankony jednostki II Korpusu Polskiego kontynuowały pościg za oddziałami niemieckimi we współpracy z innymi jednostkami bojowymi, wchodzącymi w skład 8 Armii Brytyjskiej. W czasie tego pościgu, przełamując etapowo opór wojsk niemieckich na rzekach płynących równoleżnikowo w poprzek Półwyspu Apenińskiego, dotarliśmy w II-giej połowie sierpnia 1944 r na przedpole rzeki Metauro. W tym miejscu zetknęliśmy się z dobrze zorganizowaną obroną niemiecką. Walki o jej przełamanie trwały kilka dni i uwieńczone zostały wyparciem Niemców na północny brzeg wspomnianej rzeki. Efektem dalszych walk II Korpusu, prowadzonych wspólnie z oddziałami brytyjskimi i kanadyjskimi było przełamanie słabo obsadzonej niemieckiej obrony Linii Gotów. Po przejściu wspomnianej Linii II Korpus Polski zgodnie z planem dowództwa 8 Armii Brytyjskiej został przeniesiony do jej odwodu emiliańskiego. Tam wrócił na pierwszą linię frontu w dniu 1.10.1944 roku. Niestety zdarzenia, które miały miejsce w czasie, kiedy mój macierzysty 4-ty Batalion Strzelców Karpackich znajdował się, podobnie jak inne jednostki Korpusu Polskiego, w odwodzie wspomnianej wyżej armii, nie utkwiły w mojej pamięci na tyle głęboko, bym mógł je odtworzyć z zachowaniem ścisłej chronologii ich zaistnienia. Podobnie nie mogę ręczyć za wierne odzwierciedlenie sekwencji przeżytych przeze mnie zdarzeń na I linii walk, stoczonych przez moją jednostkę organizacyjną na froncie Apenininu Emiliańskiego, na południe od szosy, łączącej wybrzeże adriatyckie z Bolonią. Pamiętam, jak trudno było przemieszczać się nam, żołnierzom 2 Korpusu Polskiego w grząskim terenie okolic Monte Fortino oraz miast Forli i Faenzy w pełnym rynsztunku bojowym, w licznych patrolach rozpoznawczych i wypadach bojowych. Podkreślić należy, że na froncie walk w Apeninie Emiliańskim jedną z najkrwawszych bitew stoczył 4 Batalion Strzelców Karpackich o wzgórze Monte Fortino, którego obrona niemiecka blokowała nam wyjście na równinę i szosę emiliańską między wspomnianymi już miastami Forli i Faenzą. W czasie tych zmagań o przełamanie obrony niemieckiej, broniącej przejścia na Równinę Emiliańską, przeżyłem chwilę osobistej satysfakcji. Z dniem 11.11.1944 roku otrzymałem bowiem nominację na podporucznika Wojska Polskiego za czyny bojowe (stopień podporucznika był najniższym stopniem oficerskim) Równocześnie z przyznaniem mi stopnia oficerskiego zostałem przeniesiony do 1 Kompanii mojego macierzystego 4 Batalionu Strzelców Karpackich. Rękopis str. 74Tu Tu objąłem stanowisko dowódcy plutonu i w tym charakterze realizowałem zadania, związane z rozpoznaniem położenia stanowisk nieprzyjaciela na określonym odcinku jego linii obronnej. Na jednym z takich patroli rozpoznawczych zostaliśmy niespodziewanie ostrzelani ogniem z moździerzy niemieckich. Jeden z pocisków wybuchł w pobliżu miejsca, gdzie znajdowałem się ja i w niedalekiej odległości ode mnie sanitariusz. Odłamek z rozerwanego pocisku przeleciał między moimi nogami, raniąc mnie w prawą nogę powyżej kolana i w dalszej kolejności powodując otwarte złamanie kości goleniowej sanitariusza. Wydarzenie to miało miejsce w dniu 16.XII 1944 roku nad rzeką Sintrią - dopływem rzeki Senio, wzdłuż której ustabilizował się front walk obronnych w zimie 1944/45 roku. W sytuacji, w której musiałem poddać się zabiegowi chirurgicznego oczyszczenia i zaszycia odniesionej rany, dalszy mój udział w działaniach bojowych nad rzeką Senio, był na czas pobytu w szpitalu, wykluczony. Niemniej, ostrzelanie przez nieprzyjaciela naszego patrolu rozpoznawczego przyczyniło się do zdobycia wiedzy o rozmieszczeniu jego stanowisk. Wiedza ta mogła być wykorzystana przy podejmowaniu dalszych decyzji dotyczących zimowej stabilizacji frontu na odcinku 4 Baonu SK. Niestety, przedstawione wy-żej okoliczności uniemożliwiły mi poznanie stopnia wykorzystania naszego rozpoznania. Oczyszczona i zeszyta rana szarpana prawej nogi goiła się szybko, bez niepożądanych komplikacji. Fakt ten umożliwił mi powrót na front przed ruszeniem wiosennej ofensywy Sprzymierzonych, której celem było zajęcie Bolonii i otwarcie drogi na dolinę Padu. Lata 1945 - 1947 W okresie poprzedzającym rozpoczęcie wspomnianej wyżej ofensywy, uczestniczyłem w akcjach charakterystycznych dla działań obronno - rozpoznawczych, jako dowódca plutonu w 3 Kompanii 4 Baonu SK. W 2 połowie I dekady miesiąca kwietnia 1945 roku ruszyliśmy do natarcia na Bolonię, po uprzednim przygotowaniu tej operacji przez alianckie siły powietrzne i artylerię wojsk sprzymierzonych. W czasie tej operacji sforsowaliśmy rzekę Senio i uchwyciliśmy przyczółek na brzegu rzeki Santerno, a 3 Brygada SK wkroczyła w dniu 21.04.45 roku do Bolonii. Fakt ten był równoznaczny z zakończeniem udziału Polskiego Korpusu Polskich sił Zbrojnych na Zachodzie w kampanii włoskiej w latach 1943 - 45. Nadmieniam, że kapitulację z rąk dowódcy południowej grupy armii 3 Rzeszy Niemieckiej, gen. Kesselringa przyjął w dniu 25.04.1945 roku dowódca Śródziemnomorskich Sił Sprzymierzonych - gen. Aleksander. Koniec działań wojennych II wojny Światowej ogłoszono natomiast w dniu 8.05.1945 roku. Niestety, wiadomość ta wywołała w nas – żołnierzach 2 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, mieszane uczucia. Radość, wzbudzona zakończeniem działań wojennych, towarzyszy-ła bowiem uczuciu niepewności dalszych naszych losów w powojennych układach geopolitycznych między członkami koalicji antyhitlerowskiej z czasów II-giej wojny światowej. W lutym 1945 roku odbyła się bowiem konferencja szefów rządów ZSRR (J. Stalin), Stanów Zjednoczonych A.P. (F.D. Roosevelt) i Wlk. Brytanii (W. Churchill)w Jałcie na Krymie, w czasie której ustalono, że wschodnią granicą powojennej Polski będzie linia Curzona, przebiegająca wzdłuż brzegu rzek Bugu i Sanu, a granica zachodnia powinna być oparta o rzekę Odrę i Morze Bałtyckie. Ostateczne szczegółowe uregulowanie tych granic pozostawiono do konsultacji z Rządem Tymczasowym RP z siedzibą w Lublinie. Brak w postanowieniach omawianej konferencji jałtańskiej jakiejkolwiek wzmianki o Rządzie Polskim Na Emigracji w Londynie, działającym w czasie II wojny światowej w oparciu o ścisły sojusz polityczno-wojskowy z rządami Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych wzbudził w nas, uznających jego zwierzchnictwo, wątpliwość w lojalność mocarstw zachodnich wobec wiernego sojusznika, jakim była Polska, reprezentowana przez tzw. Rząd Londyński w walce z hitlerowskimi Niemcami. Wątpliwość ta niestety potwierdzona została na Konferencji Poczdamskiej, odbytej w okresie 17.07.-02.08.1945 roku przez szefów rządów USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii. W czasie tej narady nastąpiło bowiem uznanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, utworzonego w czerwcu 1945 roku na bazie Rządu Tymczasowego RP z siedzibą w Lublinie. Równocześnie wymienieni wyżej szefowie państw koalicji antyhitlerowskiej wraz z wszystkimi ich sojusznikami cofnęli uznanie dla Rządu Polskiego na Emigracji w Londynie. Mimo tych politycznych zawirowań, wprowadzających rewolucyjne zmiany w przedwojennych ustrojach politycznych i granicach administracyjnych państw środkowo – wschodniej Europy, 2 Korpus Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, stacjonujący wówczas w różnych miejscowościach na terenie Włoch, nie został w 1945 roku zdemobilizowany. Jako jednostka wojskowa uzupełniliśmy służbę wartowniczą zabezpieczającą przed kradzieżą rozsiane po tzw. pardesach (laskach oliwnych) składy amunicji niewykorzystanej w czasie działań wojennych w kampanii włoskiej. Poza służbą wartowniczą prowadziliśmy szkolenie w zakresie programu szkoły podstawowej oraz szkół średnich ogólnokształcących i zawodowych. Nie zaniedbywaliśmy również szkolenia żołnierzy w różnych specjalnościach wojskowych i cywilnych. Osobiście wykorzystałem także okazję do uzupełnienia mojego średniego wykształcenia. W dniu 01.04.1946 roku zostałem uczniem 1 klasy liceum III Dywizji Strzelców Karpackich typu matematyczo-fizycznego w Amandoli - miasteczku w rejonie Ascoli Piceno. Tutaj posiadłem wiedzę, która przewidziana była dla uczniów 1 klasy zgodnie z wymaganiami przedwojennego, państwowego systemu oświaty. Ukończenie 1 półrocza nauki zbiegło się w czasie z postanowieniem władz angielskich przeniesienia 2 Korpusu PSZ z Włoch na teren Wielkiej Brytanii. Dla ułatwienia zapowiedzianej wcześniej demobilizacji polskich wojsk, operacyjnie podległych w czasie II wojny światowej dowództwu brytyjskiemu, utworzono Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia, którego zadaniem było m.in. sprawne przeprowadzenie repatriacji żołnierzy polskich, którzy zgłoszą chęć wyjazdu do kraju. Należy nadmienić, że przed opuszczeniem Włoch, kompetentne władze zarządziły pogotowie wyjazdowe, w czasie którego przerwane zostały zajęcia szkolne w gimnazjum i liceum III DSK. Ziemię włoską opuściliśmy w sierpniu 1946 roku, udając się drogą morską do Wielkiej Brytanii. Wylądowaliśmy w drugiej połowie sierpnia w szkockim porcie Glasgow. Stąd przewieziono nas droga lądową do obozu Bodney Air Field North w hrabstwie Norfolk, zlokalizowanego na terenie funkcjonującego w czasie wojny lotniska. Po zaadoptowaniu pomieszczeń byłego lotniska do wymogów szkoły ogólnokształcącej, naukę w Gimnazjum i Liceum 3 DSK wznowiono 3.09.1946 roku. Zwyczajny egzamin dojrzałości wydziału matematyczno-fizycznego zdałem wobec komisji egzaminacyjnej, powołanej przez Komitet dla Spraw Oświaty Polaków w Wielkiej Brytanii w dniu 15.7.1947 roku. Jako absolwent liceum 3 DSK i członek Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia zgłosiłem jego władzom chęć powrotu do Polski, gdzie oczekiwała mnie matka z 3 siostrami. Czas wyczekiwania na powrót do Polski wypełniałem wyjazdami do różnych miast Wielkiej Brytanii. Celem tych wyjazdów były zarówno względy krajoznawcze, jak i konieczność zrealizowania zakupów niezbędnych dla zorganizowania codzienności na nowej drodze życia w warunkach stanowiących dla mnie wielką niewiadomą. Kształtujące się bowiem w Polsce nowe stosunki społeczno-gospodarcze były diametralnie różne od ustroju politycznego przedwojennego państwa polskiego. Należy podkreślić, że we wspomnianych wyżej zakupach w Londynie wydatnie pomogła mi moja kuzynka Hania Lipińska, córka wujka Staszka Sołtysika, zamordowanego w Katyniu wraz z innymi oficerami Wojska Polskiego, w oparciu o odpowiednie postanowienie Biura Politycznego Partii Komunistycznej ZSRR. Hania znalazła się na terenie Anglii po przejściu, podobnej do mojej, drogi z Polski poprzez Kazachstan i kraje środkowego wschodu. W czasie oczekiwania na powrót do Rodziny w Polsce, odwiedziłem również znanego mi z lat przedwojennych Antoniego Srokę, wychowanka mojego stryjka, księdza Michała. Ksiądz Michał umożliwił Antoniemu zdobycie w Samborze zawodu krawca. W czasie moich odwiedzin Antek, już jako cywil pracował w swojej profesji - jako krawiec. Historia naszego spotkania na terenie Anglii jest na tyle ciekawa, że wymaga bliższego naświetlenia. Służyliśmy bowiem obaj w latach 1942-1946 w 3 DSK, biorąc czynny udział w stoczonych przez nią walkach na Półwyspie Apenińskim. O tym fakcie dowiedziałem się dopiero po nawiązaniu łączności korespondencyjnej z Rodziną w kraju. Różne były nasze drogi, które zaprowadziły nas do wspomnianej wyżej jednostki wojskowej. Antek, jako żołnierz Wojska Polskiego, przekroczył południową granicę II RP we wrześniu 1939 roku i po różnych przejściach znalazł się na Środkowym Wschodzie, gdzie wstąpił do formującej się w Syrii Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich pod dowództwem gen. Stanisława Kopańskiego. Służąc w Brygadzie brał udział w obronie twierdzy Tobruk i innych walkach, stoczonych przez nią na terenie północnej Afryki w latach 1941-1942. W marcu 1942 roku Brygada została wycofana z frontu na odpoczynek do Egiptu, a następnie do Palestyny. Tu nastąpi-ło połączenie Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich z oddziałami przybyłymi z ZSRR. W wyniku tego połą-czenia powstała 3 Dywizja Strzelców Karpackich. Równocześnie z powstaniem 3 DSK zostaliśmy jej żołnierzami, o czym dowiedzieliśmy się, jak już wspomniałem, dopiero po zakończeniu wojny. Kończąc temat mojego spotkania z Antkiem w Londynie wybiegnę w moich wspomnieniach w przyszłość, łamiąc zasadę chronologii opisywanych zdarzeń. Antek został w Anglii, ożenił się z Irlandką i został ojcem Ryszarda. Po śmierci ojca, Ryszard, jako dojrzały mężczyzna, odwiedził naszą rodzinę w Rymanowie. Chciał w ten sposób oddać hołd pamięci dobroczyńcy jego ojca Antoniego, księdzu Michałowi Ziajce, spoczywającemu na miejscowym cmentarzu. Ryszard odwiedził również mnie w Katowicach, odświeżając pamięć o swoim ojcu i poznając Rodzinę towarzysza broni Antoniego Sroki. (Jeśli mnie pamięć nie myli był to rok 1975). Po krótkiej dygresji w chronologicznym przedstawieniu moich wspomnień w ostatnich chwilach pobytu na ziemi angielskiej, wracam do opisu wydarzeń wg kolejności ich zaistnienia. Anglię opuściłem w I-szej dekadzie grudnia 1947 roku, udając się w drogę morska do Polski wraz z innymi zdemobilizowanymi żołnierzami, którzy zadeklarowali chęć powrotu do rodzin w kraju. W Gdyni wylądowaliśmy 4.12.1947 roku. Dzień później otrzymałem zaświadczenie wydane przez „Rzeczpospolitą Polską - Ministerstwo Administracji Państwowej – Urząd Repatriacyjny- Punkt Przyjęcia w Gdyni”, którym upoważniono mnie do jednorazowego bezpłatnego przejazdu wszelkimi środkami lokomocji do Rymanowa. Równocześnie kierownik Punktu Przyjęcia Państwowego Urzędu Repatriacyjnego (PU-RU) apelował w wymienionym zaświadczeniu do władz państwowych i samorządowych o udzielenie jak najdalej idącej pomocy okazicielowi odnośnego dokumentu. W drodze do Rymanowa przerwałem podróż na parę godzin celem zrealizowania zamiaru odwiedzenia Rodziny Stryjka Andrzeja, która osiedliła się po wojnie w Katowicach. Jak wcześniej wspomniałem przy opisie sytuacji naszej Rodziny w okresie mojego dzieciństwa po śmierci Ojca Józefa, Stryjek Andrzej był wyjątkowo przyjaźnie nastawiony do Rodziny swojego brata i naszego Ojca. W Katowicach spotkałem się z wielce przyjaznym przyjęciem mimo, że Rodzina Stryjka opiekowała się już wcześniej moją siostrą Ziutką oraz bratankiem Stryjenki Jurkiem Łempickim. W ciągu kilku godzin pobytu w Katowicach – Stryjostwo Andrzejowie zaoferowali mi wszelką pomoc w zagospodarowaniu mojego życia w warunkach pokojowej egzystencji. Według opinii Stryjostwa wskazane było osiedlenie się w Katowicach, gdzie możliwość zdobycia niezbędnych w czasie pokoju kwalifikacji zawodowych była nieporównywalnie większa od możliwości ich uzyskania w warunkach codziennego życia w prowincjonalnym miasteczku podkarpackim, jakim był i jest Rymanów. Wsparty nadzieją na uzyskanie warunków realizacji swoich zamierzeń na drodze nowego etapu mojego życia, udałem się w dalszą podróż do Rymanowa. Na stacji kolejowej „Rymanów”, oddalonej od centrum miasta o około 6 km przywitał mnie Wujek Janek – brat Mamy, z którym w dniu 7.09.1939 roku wyruszyłem w opisaną już wcześniej tułaczkę. Rękopis str. 85 Po 8 latach roz-łąki spotkaliśmy się na terenie naszych stron rodzinnych, owiani nadzieją na wznowienie nadwyrężonej wojną, charakterystycznej dla Rodziny Sołtysików „z Ogrodu” więzi pozwalającej Jej żyć w atmosferze wzajemnej solidarności w pokonywaniu przeciwieństw dni powszednich. Po tym wzruszającym powitaniu, udaliśmy się zaprzęgiem konnym wujka do centrum Rymanowa. W czasie tego przejazdu przeżywałem radość oglądania panoramy, znanego mi z lat dziecięcych terenu, oczekując niecierpliwie na moment powitania Mamy, mieszkającej z Babcią Sołtysikowa i moją siostrą Marylką. Siostra Zosia mieszkała ze swoją wychowawczynią ciocią Kasią Rossową, a Ziutka korzystała z wyjątkowej dobroci Stryjka Andrzeja i jego żony Jadzi, zamieszkałych w tym czasie w Katowicach. (Wspomniałem o nich przy opisie mojego wyjazdu z Gdyni). Ta oryginalność losów mojej najbliższej Rodziny wymaga bliższego naświetlenia przejawów solidarności pokolenia moich Rodziców w pomocy swojej siostrze i bratowej w przeżyciu ciężkich chwil charakterystycznych dla czasu wojny i pierwszych lat powojennych. Solidarność wielopokoleniowej Rodziny we wzajemnej pomocy była wyjątkowa. W wyniku działań wojennych pomieszczenia w domu rodzinnym, w którym przyszedłem na świat – zostały spalone. Mama oraz siostry Ziutka i Marylka zostały pogorzelcami bez dachu nad głową. W tej sytuacji, ze skuteczną pomocą udzieloną córce i siostrze Jadwidze Ziajkowej, przyszła Babcia Sołtysikowa ze swoimi synami Bolkiem i Jankiem. W ramach tej pomocy Babcia przyjęła moją Mamę z siostrami do zajmowanego przez siebie mieszkania w „nowym domu” pod dachem blaszanym. Wujek Bolek z rodziną zamieszkiwał w starej, XIX wiecznej chacie, pokrytej słomianym dachem. Janek z rodziną pozostał w drugim mieszkaniu we wspomnianym wyżej „nowym domu”. Układ ten można było nazwać rodzinną wspólnotą mieszkaniową, która trwała do 1953 roku - roku śmierci Babci Sołtysikowej. Po zakończeniu wojny, siostrę Ziutkę, na życzenie Stryjostwa Andrzejów, Mama oddała pod ich opiekę a sama pozostała a siostrą Marylką w mieszkaniu Babci. Należy zaznaczyć, że w czasie wojny i pierwszych latach powojennych moja Mama była z właścicielką jednej krowy, którą można by nazwać żywicielką Rodziny. Krowa zajmowała miejsce do końca swego żywota w oborze Babci i Wujków Sołtysików. W ciągu miesiąca grudnia 1947 roku odwiedziłem z Mama krewnych, a święta Bożego Narodzenia spędziłem wraz z Babcią, Mamą i siostrą Marylką w gronie rodzin wujków Bolka i Janka Sołtysików. W czasie odwiedzin Stryjka Szymka Ziajki dowiedziałem się, że w budowie baraków w Tockoje, w których przebywałem jako kandydat na żoł-nierza Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, brał on udział podczas I-szej wojny światowej jako jeniec armii austryjackiej. W miesiącu grudniu 1947 roku, zgodnie z poleceniem Urzędu Repatriacyjnego, zgłosiłem się do Rejonowej Komisji Uzupeł-nień, gdzie zarejestrowano mnie w odpowiedniej ewidencji jako kaprala rezerwy. Mimo, że w księgach ewidencyjnych II Korpusu PSZ na Zachodzie figurowałem jako p/porucznik. Nie zostałem nigdy poinformowany na jakiej podstawie zarejestrowano mnie w księgach RKU jako niższego stopniem. Tymczasowe zaświadczenie tożsamości otrzymałem z Zarządu Miejskiego w Rymanowie w dniu 8.1.1948 roku. Umożliwiło mi to odbycie podróży do Katowic i zmianę miejsca stałego zamieszkania. W Katowicach zostałem sublokatorem mieszkania zajmowanego przez wspomniane już wcześniej stryjostwo Andrzeja i Jadwigę Ziajków. Niewyobrażalnie wprost przyjazne stanowisko Stryjostwa w organizowaniu mojego życia w nowych, nieznanych mi z przeszłości warunkach, zaważyło w sposób zasadniczy na dalszych losach mojej egzystencji w powojennym systemie społeczno-gospodarczym Polski Ludowej. Pierwszoplanowym moim przedsięwzięciem na drodze do ustabilizowania codziennego życia w warunkach światowego pokoju, było zdobycie kwalifikacji zawodowych na poziomie wyższego wykształcenia. Pierwszym etapem tej drogi było załatwienie formalności związanych z uznaniem mojego świadectwa dojrzałości, firmowanego przez komisję egzaminacyjną, powołaną przez Komitet dla Spraw Oświaty Polaków w Wielkiej Brytanii, za dokument równoznaczny ze świadectwem dojrzałości polskiego liceum ogólnokształcącego. Na moją pisemną prośbę otrzymałem z Ministerstwa Oświaty potwierdzający dokument o równoznaczności świadectw. Za-świadczenie to uprawniało do ubiegania się o przyjęcie do wszystkich szkół wyższych w Polsce pod warunkiem zło-żenia egzaminu uzupełniającego z nauki o Polsce i Świecie Współczesnym (Dz.U. Min. Ośw. nr 6 poz. 233.) SKAN DOKUMENTU

dyskutuj
comments powered by Disqus